Przejdź do głównej zawartości

29. Kaganiec oświaty


Zacznę od kilku słów na temat ślubu, na którym ostatnio byłam. Cóż, to już druga msza, w której wzięłam udział w tym roku. Chociaż rodziny obojga Młodych są głęboko wierzące i "praktykujące" zaskakujący był  tzw. „fitness”. Ludzie nie wiedzieli kiedy stać a kiedy klękać.
Nie mogę również pominąć kwestii modlitw i przysięgi: Państwo młodzi idą do Kościoła, aby połączyć się w związek małżeński i przysięgać SOBIE przed bogiem … Po co więc od razu wciskać gdzie się da Bóg, w Trójcy jedyny, niepodzielny, i Kościół święty, i za Papieża, i coś tam… ? Czy Kościół nawet na ślubach czuje potrzebę podkreślenia swojej niesamowitej roli, ważności i ludzi przybyłych na ślub też musi zapewniać o swojej świetności i modlić się (na czyimś ślubie) o swoją pomyślność? Matko…
Wszystko odbyło się zgodnie z tradycją a wesele było naprawdę świetną zabawą. Wytańczyłam się, wybawiłam. Poprawiny również były miłe. Ogólnie jestem pozytywnie zaskoczona, bo wybierałam się na wesele jako partnerka i czułam się niezręcznie. 

Druga sprawa to kolejne wpisy na:  http://cosiolandia.blogspot.com/
Serdecznie zachęcam do czytania! Tym razem trochę o kaloriach, o „Czasie surferów” i nowym Batmanie, trochę muzyki Avril do kompletu, trzy recenzje, Pussy Riot, posłowanie po szlachecku, Curiosity, z ulicy w powietrze i coś dla wielbicieli gitary.

A teraz przejdę już do tematu głównego - EDUKACJA

Ostatnio (no dobra, już dosyć dawno temu) czytając blog Falka (zapraszam: http://strzepyswiadomosci.blogspot.com/ ) wpadłam na notkę o edukacji. Chciałam ją skomentować, jednak gdy ten komentarz tworzyłam ciągnął się i ciągnął… Postanowiłam, że powinnam napisać o tym wpis, będzie łatwiej. 

Uczennica:
Szkoła podstawowa: To był zdecydowanie ten etap edukacji, w którym po prostu byłam małą, nieistotną cząstką szarej masy wkuwającą te same regułki i wklejającą te same naklejki do zeszytu. Nie czuję, bym rozwinęła się wtedy w jakikolwiek znaczny sposób (poza podstawową wiedzą). Nie miałam chyba nawet żadnych zainteresowań. Niby chodziło się na jakieś kółka, ale nie wywierały one na mnie żadnego wpływu. Bo, kiedy robiłam coś ponad program- np. bardzo dużo (jak na dzieciaka) czytałam. Nie sprawiło to jednak, że zostałam pochwalona albo by ktoś podsunął mi jakieś lektury dobre dla osoby w moim wieku… Byłam odpytywana przez bibliotekarkę, która nie wierzyła, że czytam wszystkie książki, które pożyczam! Myślała, że nabijam tym sobie zachowanie, uznała to za nienaturalne. Skutek? Przestałam tyle czytać.
Jedynym szczęściem była bibliotekarka numer 2, która lubiła spędzać z uczniami czas po lekcjach.
Gimnazjum: Dla wielu jest to być albo nie być. Ja przetrwałam tylko dlatego, że najwięksi debile bali się jeszcze większych debili- mojego rodzeństwa. Nawet był taki etap, gdy czułam, że się rozwijam: niezapomniane nigdy przeze mnie koło teatralne i wolontariat. Nie było jednak tak źle. No, gdyby nie szantaże emocjonalne i zły wpływ psychiczny niektórych uczniów, na co nauczyciele nie mieli czasu zwracać uwagi.
I nagle przyszedł koniec gimnazjum a tu klops! Nauczyciele zniechęcają mnie do pójścia do liceum, bo jestem… za biedna na przyszłe studia! (Tak, tak mi mówiono!). Zatem nie dość, że przeszłam przez 3 lata codziennych konfrontacji z uczniami, których nauczyciele nie mogli (lub nie mieli zamiaru) ogarnąć to jeszcze zniechęcano mnie do nauki.
Liceum: Tak, i tutaj nie będę się zgadzała z obniżaniem oceny ogólniaków. Ja sama kończyłam ogólniak i były to najlepsze lata mojego życia. Nauczyciele potrafili radzić sobie z uczniami, dzięki czemu chodzenie do szkoły było przyjemne. Poza tym umieli dyskutować, potrafili rozbudzić zainteresowania, polecić lektury, odpowiadać na pytania i organizować dla nas dodatkowe lekcje (na prośby uczniów!).
Tak, to prawda, że liceum nie daje przygotowania do żadnego zawodu. Dlatego idzie się tam już z przekonaniem, że pójdzie się na studia (bo czy tego chcemy, czy nie, rekrutacja na nie odbywa się na podstawie wyników matur). I akurat moje liceum do tej matury mnie przygotowało. Co więcej przygotowało mnie też do samodzielnej pracy, co przydało się na studia.

Studia: Ach… tutaj wszystko zależy od kierunku, uczelni, przedmiotu i katedry, która się nim zajmuje. Słyszałam wiele niepochlebnych opinii o studiach. Ja mogę napisać tylko o swoich.
Po pierwsze- to nieprawda, że na studiach (przynajmniej moich) można tylko chlać i imprezować. Bzdura.
Wykłady? Oczywiście, że bywają nudne. Ale są również takie, na które studenci idą z wielką chęcią, na które potrafią niecierpliwie czekać.
Pytania do wykładowców i dyskusje- jak najbardziej! Tak, nie do każdego i nie z każdym, ale w większości można podyskutować na zajęciach, w końcu od tego są!
Ogromny minus na studiach- grupy ćwiczeniowe po 30 osób! To jest niesamowity żart! W ten sposób nie da się normalnie pracować, ciężko jest sprawić, aby każdy się wypowiedział (chociaż niektórym to na rękę…).
Jeszcze większy minus- przeklęty system boloński! Czy musze rozpisywać się na temat tego jak potwornie trzeba gonić z całym ogromem materiału!? Chyba nie…
Podsumowując: Generalnie jest marnie. Chociaż moim zdaniem w liceum i na studiach już się poprawiło. Niestety, pomimo plusów, nie jest tak, jak być powinno. A wielka szkoda. Nadal nie mamy szansy na pełne rozwijanie indywidualnych zainteresowań, ani w ogóle na jakiekolwiek indywidualne podejście na żadnym stopniu nauczania. Wielka szkoda.
Najwięcej zatem, w czasie całej edukacji, daje nam praca własna, pomoc rodziców i wyciąganie ze szkoły tyle, ile się da.

Przyszła nauczycielka:

Jako przyszła nauczycielka mam do dodania kilka słów od tej drugiej strony.
Przygotowywanie nas do lekcji: Teoria… tak, super jest mieć teorię a potem stanąć przed trzydziestką uczniów i poprowadzić lekcję. Na szczęście mamy również praktyki w ciągu roku. Ale czym tak naprawdę jest poprowadzenie jednej, może dwóch lekcji? Na szczęście na praktykach (tych właściwych, miesięcznych) można poprosić o rady nauczyciela prowadzącego.
Z tego, co słyszałam na innych kierunkach studiów praktyki zaczyna się później. Kiedy ja pierwszy raz szłam do szkoły, myślałam, że im zazdroszczę, bo nie jestem gotowa. Teraz myślę, że to im trzeba współczuć, bo im później, tym mniej.

Praktyki: Najlepsza część studiów i najwspanialsza część przygotowująca do mojej przyszłej pracy. Trafiłam na dobrego nauczyciela, dlatego prowadziłam lekcje po swojemu. Sprawiało mi to ogromną przyjemność. Jaki jest problem? Wizytacja… Muszę wtedy poprowadzić lekcję według scenariusza z uczelni… Najgorsze lekcje, jakie mogą być! Wychodzą fatalnie, są nudne, napięte, ja muszę się starać i spieszyć, żeby zdążyć ze wszystkimi punktami, o których jest mowa w teorii a uczniowie wypadają z rytmu i nie wiedzą o co chodzi! Coś potwornego…
A teraz o podejściu do ucznia: Och, można wychodzić z siebie i stawać obok a wszystkiego się nie zrobi. Jednak można zrobić naprawdę wiele. I jak teraz patrzę na pilnowanie uczniów i rozmowy z nimi stwierdzam: jest to bardzo trudne… , ale wykonalne! I wydaje mi się, że nauczyciele z moich szkół za mało się starali, nie byli zorganizowani. Mam tylko nadzieję, że kiedy ja zacznę uczyć uda mi się współpracować z innymi nauczycielami i stworzyć dla uczniów świetne miejsce do rozwoju.
A przekazywanie wiadomości? Staram się to robić praktycznie. Ale te wszystkie wytyczne z góry, egzaminy, które testują wiedzą tak sucho, jak tylko się da… Trudno jest to pokonać.

Edukacja w naszym kraju ma swoje dobre strony. Po tych wszystkich latach czuję, że coś z niej wyciągnęłam. Niestety czuję też, że więcej mam ze swojej własnej pracy i pomocy, o której sama musiałam się domagać.
Jednak więcej w tej naszej edukacji wad. Zbyt duże klasy/grupy ćwiczeniowe- ciężko wtedy indywidualnie podejść do ucznia, ciężko też ogarnąć klasę i wykonać oraz sprawdzić ćwiczenia (których mogłoby być więcej, gdyby nie ta liczebność). Bardzo ciężkie dla nauczycieli i uczniów wytyczne. Zbyt mało środków na pomoce naukowe ogólnie dla szkół oraz dla biedniejszych uczniów.
A to tylko niektóre uchybienia… Mam nadzieję, że już niedługo będziemy patrzeć jak edukacja robi wielki krok do przodu.
Ci, którzy są wierzący, mogą też pomodlić się za to, byśmy nie podążyli w kierunku modelu pewnego kraju, gdzie ludzie myślą, że były III wojny światowe a telewizja myli na mapie Austrię i Węgry, nie mówiąc już o umiejscowieniu Polski na mapie Europy. Brr.

Komentarze

  1. Trudno mi dyskutować z takim wpisem, ponieważ piszemy właściwie o dwóch różnych rzeczach, co widać zwłaszcza w części dotyczącej liceum. Bo nie chodzi o to, czego ktoś się nauczył w liceum, ale tego do czego ta szkoła konkretnie służy.

    Przy różnych okazjach powtarzam jak zdarta płyta - w Polsce brakuje szkół realnych. Takich, które dają ogólną wiedzę, ale też pewne umiejętności. Takich, po których można iść na studia, ale nie trzeba. Bo po LO wyboru raczej nie ma. Matura jako miernik wykształcenia straciła jakiekolwiek znaczenie chyba ze 30 lat temu i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.

    Moje studia na WPiA UJ uważam za wielką porażkę. Grupy ćwiczeniowe sięgające 60 osób, niemiarodajne egzaminy, chamskie podejście do studenta i zero wsparcia ze strony uczelni w czymkolwiek. Jeśli tylko ktoś mnie pyta o zdanie, odradzam studiowanie tam.

    Bodaj Stiller powiedział kiedyś, że szkoła ma uczyć trzech rzeczy: czytania, pisania, liczenia i znajdowania informacji. Póki co uczy wielu dupereli, całkowicie oderwanych od życia i od siebie nawzajem. Jakieś ruchy robaczkowe w celu zmiany tego stanu rzeczy mają ponoć miejsce, ale ja stosuję tutaj wariant Tomasza Apostoła ;)

    Nie mówiąc już o całej rzeszy konserwatystów, którzy stan obecny uważają za niemal idealny, gdyby nie brak greki i łaciny.

    OdpowiedzUsuń
  2. ale się rozpisałaś ulala. w podstawówce miałam tak samo, pomijając ten wątek z książkami :D za biedna na studia? co to za nauczyciele? zamiast zachęcać do dalszego rozwijania się to robią na odwrót i jeszcze zaglądają do portfela. mam nadzieję, że u mnie w liceum będzie podobnie!
    ahh, ja nienawidziłam gdy w podstawówce przychodzi do nas praktykanci :D

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż, trzeba przyznać, że wszelkie reformy niewiele dają. Ja nie widzę rozwiązania tego problemu, bo mentalności nauczycieli i ich braku zaangażowania nie da się zmienić jakąś ustawą. A ostatni pomysł MEN o przyrodzie w liceum jest po prostu chory! Kontynuacja materiału z gimnazjum? A kto od 1. klasy gimnazjum wie, co chce robić po maturze i czego uczyć się pilnie? W 1. klasie gimnazjum nikt nie myśli o maturze!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba, uczniowie rzadko kiedy myślą o maturze nawet w 1 klasie liceum. Nie mówiąc już o tym, co chcą studiować (a przecież od tego zależy dobór przedmiotów maturalnych; zakładam, że chcą studiować, bo inaczej nie ma po co iść do liceum).

      Ech, najgorsze jest to, że świeże podejście i zaangażowanie praktykantów- nauczycieli (mówię z doświadczenia) jest gaszone teoriami, starymi zasadami i koniecznością prowadzenia lekcji, według określonego przez system porządku, bo podlegamy ocenie (a przecież zdać jakoś musimy, jeśli chcemy uczyć).

      MEN ma dużo chorych pomysłów. Jednym z nich było też moim zdaniem rozbicie historii (zakończenie jej w gimnazjum na I wojnie światowej). To dobrze, że w liceum nie będzie się ponownie tłukło tego samego materiału co 3 lata wcześniej (i jeszcze 3 wcześniej też...) i więcej czasu będzie na bliższą nam, przez co istotniejszą część historii. Co jednak z tymi, którzy edukację zakończą? Świat po I wojnie będzie dla nich mgłą... I wojna- hop- dzisiaj... No błagam... Zacytuję samą siebie:
      "Ci, którzy są wierzący, mogą też pomodlić się za to, byśmy nie podążyli w kierunku modelu pewnego kraju, gdzie ludzie myślą, że były III wojny światowe a telewizja myli na mapie Austrię i Węgry, nie mówiąc już o umiejscowieniu Polski na mapie Europy. Brr."

      Usuń
  4. no tak jest. a niektórzy nie odróżniają i wrzucają wszystkich ludzi chodzących na mecze do jednego wora. w moim mieście panuje właśnie taka opinia, że jesteśmy kibolami, chuliganami, że tylko jakieś zadymy tworzymy itd. ale nikt nie zauważa akcji charytatywnych, w które się angażujemy, przejawów patriotyzmu, m.in w postaci, w jakiej pokazałam w poście, zbiórek pieniędzy na dom dziecka, na prezenty dla tych dzieci i można by było jeszcze tak wymieniać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sama bym mogła posta napisać o edukacji, ale tego nie zrobię. Jestem zdegustowana nowym programem dla klas 1-3. Przykro mi to stwierdzić, ale jeszcze trochę a będziemy mieć analfabetów. Te ćwiczenia i podręczniki są dla głąbów normalnie, no i dla dzieci z dużymi trudnościami (to nie głąby). A co z dziecmi zdolnymi? Oświata nie myśli. To ja będę się z tym zmagać :/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

116. Olive Green, czyli jak zagrać w film i nauczyć się angielskiego.

Pamiętam, jak ostatnio w czasie rozmowy przez Skype moja babcia powiedziała, że w głowie jej się nie mieszczą te “wszystkie technologi jakie człowiek nawymyślał”. Faktycznie, trzeba przyznać jej rację - żyjemy w dosyć ciekawych czasach. Podejrzewam, że każde z was wie, czym jest film interaktywny. Dla przypomnienia napiszę, że pozwala on na ingerencję widza w fabułę. Pierwszy taki film powstał w latach 60. XX wieku w Czechosłowacji*. Dzisiaj mamy ich wiele i mogą one służyć nie tylko rozrywce, ale też nauce. Bardzo dobrym jest krótki polski film, który uczy widza pierwszej pomocy**. Po prostu wybieramy opcje działania - co ma się stać - i dalsza akcja jest efektem naszego wyboru.
Teraz wykorzystanie filmu interaktywnego do nauki ruszyło naprzód.
SuperMemo World***, firma (z siedzibą w Poznaniu) istnieje od lat 90. XX wieku i jest kolejnym dowodem na to, co potrafią stworzyć polscy studenci. Wykorzystuje ona technologie (czy też technologi, jakby to rzekła moja kochana babcia) do badania…