Przejdź do głównej zawartości

35. Pisanie o pisaniu.



Okej, więc mam już nowy program do tworzenia tekstów. Co teraz? Czy powinnam wymyślić coś wspaniałego. Jakąś wielką myśl godną zapisania? Zostawić po sobie coś dla potomności? Czy tak naprawdę przenigdy nikt nie przeczyta tego, co tworzyłam?

Będąc po prostu dziewczyną z niewielkiego miasta, za to z wielkimi marzeniami, mogę udawać, że piszę do kogoś. Po to mam wyobraźnię, aby tworzyć dla siebie świat, w którym chciałabym żyć, w którym chciałabym być Kimś.

Nie mam pojęcia czy jest to właściwe postępowanie. Uciekać w krainę marzeń. Myśleć o tym, że mogłabym być Kimś. W końcu jestem osobą żyjącą, myślącą, która się rozwija i próbuje coś w życiu robić. Czy to nie powinno mi wystarczać? Czy nie powinnam być dumna z tego, że kiedy zbiorę się w sobie, potrafię czegoś dokonać- nawet jeśli jest to ważne tylko dla mnie i najbliższych mi osób?

Problem jednak w tym, że najpierw trzeba się zebrać. Może dla "normalnych" osób nie jest to trudne. Dla mnie tak. Moje lenistwo połączone z obojętnością dobija mnie. Osiągnęłam ostatnio apogeum nienawiści do samej siebie. Zaczynam się obawiać. O siebie i innych. Jak można tak bardzo, tak intensywnie nic nie robić? Jak można tak znienawidzić myśli o sobie samym, swoje odbicie w lustrze, swoje słowa zapisane w edytorze tekstu?

Nie jest łatwo to wszystko pokonać. Nie jest łatwo wybić się z marzeń i naprawdę zrobić Coś. Takie duże Coś.
Kiedy byłam młodsza wymyślałam sobie wiele zawodów. Nie mogę jednak powiedzieć, że gdzieśtam nie czaiła się we mnie pisarka. W końcu mając lat niewiele napisałam pierwszą "książkę". Takie gówniarskie opowiadanie, o gówniarskich sprawach z podwórka. Pisałam kSZesło. Nieważne jednak o czym i jak to było. Ważne, że było. Potem przyszło pisanie bloga- dla żartu, żeby spróbować. Fan fiction anime. Mnóstwo tego czaiło się, i chyba nadal czai, w otchłani Internetu. Tak, wtedy już miałam komputer. Pisząc moje pierwsze wiekopomne dzieło ("Podwórkowa paczka", tak chwytliwie to zatytułowałam) miałam do dyspozycji kartki, które wyrwałam z zeszytów (Chyba nie tylko ja tak robiłam na koniec roku szkolnego, kiedy nie wykorzystałam wszystkich kartek w zeszytach, prawda?), długopis i (obowiązkowo!) kolorowe pisaki, którymi zaznaczała rozdziały. Ach, i teraz przypomniało mi się, że potem była jeszcze jedna książka, raczej krótkie opowiadanie, pisane przed dobą posiadania komputera. Zapomniałam już jaki miało tytuł. Fabuła była porywająca- tajemnicza mroczność w czasie letnich kolonii. O, chyba nawet tak to było- "Letnie kolonie" albo "Letnie wakacje" ? Dobra, no to wracam do tego bloga. No więc piszę go, i ogólnie pisząc tyle czasu  nadal zaczynam zdania od "no więc". Postanowiłam nawet połączyć swoje siły z Nee i kontynuowałyśmy opowieść wspólnie. Zrobiło się nawet poważnie- blog miał około pięćdziesięciu naszych wpisów. Rozwinęłyśmy historię na tyle, że nawet trochę mi się podoba.
W międzyczasie przyszło pisanie wierszy. Niektóre z nich z sentymentem czasami podczytuję. To najbardziej mnie boli. Niesamowity żal ogarnia mnie na myśl, że nie potrafię usiąść i napisać, tak jak kiedyś. Może i nie byłam mistrzynią, ale lubiłam to. Coś z siebie wyrzucałam, coś dawałam od siebie innym. Nawet, jeśli niektóre dzieła nie ujrzały światła Internetu, ani nawet nie spotkały oczu moich najbliższych. Potrafiłam wyrazić swoje myśli. Teraz jest mi ciężko. Nie pamiętam kiedy ostatni raz cokolwiek w tym kierunku zrobiłam, aby powrócić do pisania. Mam pewną blokadę. Może to dlatego, że już dawno zrezygnowałam z siebie? Gdy o tym piszę i w tle słucham "Sonaty Księżycowej" czuję się nostalgicznie i pusto. Czy to dziwne?

Po blogu Fan Fiction przeszłam do własnego opowiadania. Na początku też miało być blogowe. Dopiero później zdecydowałam się zrobić z niego książkę. Pomysł, cały tekst, bohaterowie- wszystko wykreowałam sama. Pisałam długo. Razem z zakończeniem opowiadania, poprawkami i później przekształceniem całego tekstu na narrację pierwszoosobową zajęło mi to około dwóch lat. Co z tego wynika? Nie mam pojęcia. Odważyłam się wysłać "Po jedno spojrzenie..." na Literacki Debiut Roku, chociaż ze słabymi przeczuciami. Nie zdobyłam żadnego miejsca. Zdobyłam za to propozycję wydania za współfinansowaniem. Wiem, że to nic wielkiego, bo na takich warunkach teraz każdy może wydać książkę. Pochlebiało mi jednak to, że nie ja pisałam do wydawnictwa, tylko wydawnictwo do mnie. Z oferty oczywiście nie skorzystałam- za dużo naczytałam się o haczykach. Poza tym, najzwyczajniej w świecie, nie stać mnie na to. Cóż, ego jednak zostało połechtane. Chociaż nie na długo. Zbyt racjonalnie do tego podeszłam, aby się tym cieszyć. Niemniej dodam sobie trochę otuchy faktem, iż naprawdę podoba mi się historia, którą stworzyłam. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jest ona nierealna. Jak dla mnie jest właśnie bardzo realna. Mocno ją przeżywałam, bardzo wiele emocji towarzyszyło pisaniu. Władowałam w nią całą siebie.
Może przez to, że właśnie tyle w nią włożyłam teraz nie potrafię wykrzesać z siebie więcej? Była bowiem kolejna książka. A raczej pomysł na nią i jej początek. Miałam plan, miałam bohaterów i wizję. Potrafiłam sobie wyobrazić wszystko. Nie umiałam jednak tego  zapisać. Postanowiłam odczekać. Podejmowałam jeszcze próby po wielu miesiącach, po roku, po dwóch latach. Nic, kompletnie nic. Książka jest rozpoczęta i tak trwa. Nie mam ani weny, ani pomysł, ani nawet chęci, by kontynuować. Więc tyle ze mnie zostało?

Ostatnią próbę stworzenia czegoś dłuższego podjęłam w te wakacje. Och, jak bardzo zabolał mnie mój własny pomysł. Nie lubię romansów a sama zaczęłam taki pisać. Postanowiłam iść za głosem moich palców i wystukać na klawiaturze po prostu to, co przyjdzie mi do głowy. Pewnego dnia jednak urwałam pisanie. Miałam nadzieję, że po powrocie z Korsyki natchniona jej pięknem i swoimi przeżyciami dokończę pracę. Niestety to nie nastąpiło. Mam zatem drugą rozpoczętą książkę. A raczej tekst, który miał nią być.

Stoję teraz przed dylematem, czy próbować zakończyć to, co zaczęłam, czy może wymyślić coś całkiem nowego? Czy publikować swoje teksty na blogu, czy może pisać do szuflady z nadzieją, że kiedyś naprawdę coś wydam?

A może w ogóle powinnam przestać pisać i myśleć o pisaniu?
W końcu teraz potrzebowałam nowego edytora tekstu, wydającego dźwięki maszyny do pisania, po to, żeby w ogóle chcieć coś napisać, i (jak się okazuje) stworzyć swój najdłuższy tekst od kilku miesięcy.

Komentarze

  1. Poszukaj jakiegoś natchnienia, wtedy napiszesz coś, co spodoba się też Tobie :)
    I nie przestawaj pisać, bo skoro chcesz kiedyś coś "grubszego" stworzyć, będziesz miała doświadczenie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…