Przejdź do głównej zawartości

49. Skrwawione ziemie

Lokuję się przy ciężkim, czarnym stoliku uwalonym od okruchów przez poprzedniego konsumenta. Reklamy kolejnych mega promocji w sklepach galerii handlowej, w której się znajduję, umilają mi zdejmowanie płaszcza. Wreszcie siadam na krześle, które nie grzeszy komfortem, choć jego właściciele mogliby je wymienić na eleganckie, wygodnej, najtańsze w całym Trójmieście- niestety, promocja trwa tylko do dziś.

Wyciągam z torby kolejną lekturę, psiocząc w myślach na kawę, której przed momentem się napiłam. Pijałam gorsze, jednak i w tej brakowało mi czegoś kawowego. Ale czego ja się spodziewałam za całe    2,32 zł? Próbuję się skupić, bezskutecznie. Wodzę wzrokiem po najbliższym otoczeniu i chociaż niedawno jadłam, na widok fast foodów, green way'ów, kebabów i kuchni azjatyckich, robię się głodna. Ludzie wokół mnie opychają się. Jakaś dziewczyna właśnie przeprasza koleżankę za spóźnienie- tramwaj się zepsuł, to jedno z przekleństw życia tutaj, w tym małym świecie. Nieopodal mnie grupka gimnazjalistów lub licealistów rozprawia o swojej niedoli i uwięzieniu w dzisiejszych realiach, o braku wolności odebranej przez oczekiwania społeczeństwa i nakaz, tak dłużącej się, edukacji.

Przypomina mi się o mojej edukacji. Otwieram książkę i zaczynam czytać.

"<Już będziemy żyli!>- powtarzał głodny młody Polak, idąc poboczami opuszczonych dróg bądź przez puste pola. Jedzenie, które widział, istniało jednak tylko w jego wyobraźni. Całą pszenicę zabrano podczas bezdusznej kampanii rekwizycji, zapoczątkowującej erę masowych mordów w Europie. Był rok 1933 i Józef Stalin celowo głodził sowiecką Ukrainę. Młody mężczyzna umarł wraz z ponad trzema milionami innych ludzi. <Ja ją spod ziemi dostanę>- mówił o swojej żonie młody mieszkaniec Związku Radzieckiego. W istocie zastrzelono go wkrótce po niej, a oboje pogrzebano wśród siedmiuset tysięcy ofiar stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938. <Zażądali mojej obrączki, którą...>- wpis w pamiętniku urywa się na chwilę przed straceniem polskiego oficera przez sowiecką tajną policję w 1940 roku. Był on jednym z prawie dwustu tysięcy obywateli polskich zastrzelonych przez Sowietów i Niemców na początku II wojny światowej, gdy nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki wspólnie zagarnęły jego kraj. Pod koniec 1941 roku jedenastoletnia Rosjanka z Leningradu zakończyła swój skromny dziennik: <Została tylko Tania>. Adolf Hitler zdradził już Stalina, miasto oblegała armia niemiecka, a jej rodzina znalazła się wśród czterech milionów obywateli sowieckich zamorzonych głodem przez Niemców. Następnego lata na Białorusi dwunastoletnia żydowska dziewczynka pisała ostatni list do ojca: <Żegnam się z Tobą, zanim umrę. Bardzo boję się tej śmierci, bo małe dzieci wrzucają żywcem do masowych grobów>. Była wśród ponad pięciu milionów Żydów, których zagazowali lub zastrzelili Niemcy".*

Postanawiam cofnąć się w czasie na spotkaniu autorów i autorek listów oraz wspomnień. Bardzo chcę poznać Tanię. Zakładam słuchawki i włączam "We are but falling leaves". 
Zagłębiam się w lekturze, która od tego momentu ma mi towarzyszyć jeszcze przez wiele dni, nawet po jej przeczytaniu.

Timothy Snyder staje się dla mnie na moment wszystkim, o czym pisze. A raczej wszystkimi, o których pisze. Skrwawione ziemie, do których należy też przecież Polska, stają się miejscami goszczącymi na stałe w moich myślach właśnie pod taką nazwą. Przez kilkaset stron zapoznaję się z niepojętym okrucieństwem, przy którym moja kawa, tramwaj punktualnej koleżanki i spętanie uczniów stają się błahym, nieśmiesznym i żenującym żartem życia. Stają one twarzą w twarz z książką historyka, której nawet nie potrafię zrecenzować i ocenić. Jest to kopania wiedzy i faktów, ale ja nie z tym będę ją kojarzyć. Dla mnie to jest i będzie książka- przypomnienie. Ogromna próba zrozumienia. Źródło nie tylko do zapisanych zdań, wspomnień, pożegnań, ale również domysłów co do tych niewypowiedzianych lub nieuwiecznionych słów. 

Snyder uczy nas w swoim dziele nie tylko historii. Brutalnie, choć w dobrym celu, zmusza nas do zastanowienia się nad człowieczeństwem. Uczy nas pamięci do wszystkich ofiar i każdej z nich z osobna. 

"Obchody pamięci organizuje się wokół okrągłych liczb- dziesiątek, setek, tysięcy; o umarłych łatwiej jest jednak pamiętać, gdy liczby nie są okrągłe, gdy ostatnią cyfrą nie jest zero. Jeżeli chodzi o Holocaust, łatwiej jest więc może myśleć o 780 863 różnych ludziach w Treblince: tą trójką na końcu mogą być Tamara i Ita Willenberg, których ubrania przylegały do siebie jeszcze po tym, gdy je zagazowano, oraz Rut Dorfman, która przed wejściem do komory gazowej potrafiła zapłakać wraz z fryzjerem. Łatwiej też być może wyobrazić sobie jedną osobę na końcu liczby 33 761 Żydów zastrzelonych w Babim Jarze. Możemy przyjąć, że była to matka Diny Proniczewej, choć naprawdę każdy zabity tam Żyd mógł być tą jednostką- musi być tą jednostką- jest tą jednostką.

Jeżeli chodzi o historię masowego zabijania na skrwawionych ziemiach, we wspomnieniach trzeba zachować milion (razy jeden) leningradczyków zamorzonych głodem podczas oblężenie, 3,1 miliona (razy jeden) różnych jeńców sowieckich zagłodzonych przez Niemców w latach 1941-1944 lub 3,3 miliona (razy jeden) różniących się od siebie chłopów ukraińskich zagłodzonych przez reżim sowiecki w latach 1932-1933. Dokładnych liczb nigdy nie poznamy, wśród nich kryją się jednak pojedynczy ludzie: dokonujące budzących grozę wyborów rodziny chłopskie, ogrzewający się wzajemnie w ziemiankach więźniowie, patrzące na śmierć bliskich w Leningradzie dzieci takie jak Tania Sawiczewa. 

Każdy z 681 692 ludzi zastrzelonych podczas stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938 miał własną, inną historię: dwójką na końcu mogliby być Maria Jurewicz i Stanisław Wyganowski- żona i mąż połączeni ponownie <pod ziemią>. Każdego z 21 892 polskich jeńców wojennych rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku śmierć zastała pośrodku życia. Dwoma na końcu mogliby być Dobiesław Jakubowicz- ojciec marzący, by zobaczyć córkę- oraz Adam Solski, mąż, który pisał o obrączce ślubnej w dniu, gdy kula przeszyła mu głowę.

Reżimy nazistowski i sowiecki zmieniały ludzi w liczby, spośród których część możemy tylko szacować, część umiemy zaś odtworzyć ze sporą precyzją. Jako naukowcy musimy określać te liczby i przedstawić je we właściwym kontekście. Jako humaniści musimy nadać im z powrotem ludzki wymiar. Jeżeli zadanie to się nie powiedzie, oznaczać to będzie, że Hitler i Stalin ukształtowali nie tylko nasz świat, ale i nasze człowieczeństwo".*

I chociaż nie udało mi się wszystkiego pojąć i zrozumieć, i pewnie nigdy mi się to nie uda, chociaż nigdy nie poznam Tani, Diny, Wyganowskiego, ani Solskiego, to wiem, że na pewno będę dalej się o to starać i nie zapomnę. 
W to właśnie wprowadza Snyder i jego "Skrwawione ziemie".

*Cytaty z: T. Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, Warszawa 2011.

Komentarze

  1. myślę, że tego typu książki są jednymi z najlepszych, bo dają nam wiele do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie przy okazji tego tematu przypomina się jak ludzie potrafią sobie wzajemnie uprzykrzyć życie... nie mówiąc już o potwornościach drugiej wojny... ale ogólnie...


    P.S. Rozmowa i pisanie o tym ;) nawet niezła recepta na niesmak :)

    OdpowiedzUsuń
  3. I jeszcze raz ja :) do Twojego komentarza u mnie:


    Pranie to nie sprzątanie moja Droga :) nie oszukujmy się ;p jak to mówi mój znajomy... kobiety nie robią prania, one nastawiają pralkę. My nie pierzemy. Pralka pierze. My jesteśmy odpowiedzialne za wstępną obróbkę ;p uwielbiam robić pranie! Sortować, czytać metki...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…