12 stycznia 2013

49. Skrwawione ziemie

Lokuję się przy ciężkim, czarnym stoliku uwalonym od okruchów przez poprzedniego konsumenta. Reklamy kolejnych mega promocji w sklepach galerii handlowej, w której się znajduję, umilają mi zdejmowanie płaszcza. Wreszcie siadam na krześle, które nie grzeszy komfortem, choć jego właściciele mogliby je wymienić na eleganckie, wygodnej, najtańsze w całym Trójmieście- niestety, promocja trwa tylko do dziś.

Wyciągam z torby kolejną lekturę, psiocząc w myślach na kawę, której przed momentem się napiłam. Pijałam gorsze, jednak i w tej brakowało mi czegoś kawowego. Ale czego ja się spodziewałam za całe    2,32 zł? Próbuję się skupić, bezskutecznie. Wodzę wzrokiem po najbliższym otoczeniu i chociaż niedawno jadłam, na widok fast foodów, green way'ów, kebabów i kuchni azjatyckich, robię się głodna. Ludzie wokół mnie opychają się. Jakaś dziewczyna właśnie przeprasza koleżankę za spóźnienie- tramwaj się zepsuł, to jedno z przekleństw życia tutaj, w tym małym świecie. Nieopodal mnie grupka gimnazjalistów lub licealistów rozprawia o swojej niedoli i uwięzieniu w dzisiejszych realiach, o braku wolności odebranej przez oczekiwania społeczeństwa i nakaz, tak dłużącej się, edukacji.

Przypomina mi się o mojej edukacji. Otwieram książkę i zaczynam czytać.

"<Już będziemy żyli!>- powtarzał głodny młody Polak, idąc poboczami opuszczonych dróg bądź przez puste pola. Jedzenie, które widział, istniało jednak tylko w jego wyobraźni. Całą pszenicę zabrano podczas bezdusznej kampanii rekwizycji, zapoczątkowującej erę masowych mordów w Europie. Był rok 1933 i Józef Stalin celowo głodził sowiecką Ukrainę. Młody mężczyzna umarł wraz z ponad trzema milionami innych ludzi. <Ja ją spod ziemi dostanę>- mówił o swojej żonie młody mieszkaniec Związku Radzieckiego. W istocie zastrzelono go wkrótce po niej, a oboje pogrzebano wśród siedmiuset tysięcy ofiar stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938. <Zażądali mojej obrączki, którą...>- wpis w pamiętniku urywa się na chwilę przed straceniem polskiego oficera przez sowiecką tajną policję w 1940 roku. Był on jednym z prawie dwustu tysięcy obywateli polskich zastrzelonych przez Sowietów i Niemców na początku II wojny światowej, gdy nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki wspólnie zagarnęły jego kraj. Pod koniec 1941 roku jedenastoletnia Rosjanka z Leningradu zakończyła swój skromny dziennik: <Została tylko Tania>. Adolf Hitler zdradził już Stalina, miasto oblegała armia niemiecka, a jej rodzina znalazła się wśród czterech milionów obywateli sowieckich zamorzonych głodem przez Niemców. Następnego lata na Białorusi dwunastoletnia żydowska dziewczynka pisała ostatni list do ojca: <Żegnam się z Tobą, zanim umrę. Bardzo boję się tej śmierci, bo małe dzieci wrzucają żywcem do masowych grobów>. Była wśród ponad pięciu milionów Żydów, których zagazowali lub zastrzelili Niemcy".*

Postanawiam cofnąć się w czasie na spotkaniu autorów i autorek listów oraz wspomnień. Bardzo chcę poznać Tanię. Zakładam słuchawki i włączam "We are but falling leaves". 
Zagłębiam się w lekturze, która od tego momentu ma mi towarzyszyć jeszcze przez wiele dni, nawet po jej przeczytaniu.

Timothy Snyder staje się dla mnie na moment wszystkim, o czym pisze. A raczej wszystkimi, o których pisze. Skrwawione ziemie, do których należy też przecież Polska, stają się miejscami goszczącymi na stałe w moich myślach właśnie pod taką nazwą. Przez kilkaset stron zapoznaję się z niepojętym okrucieństwem, przy którym moja kawa, tramwaj punktualnej koleżanki i spętanie uczniów stają się błahym, nieśmiesznym i żenującym żartem życia. Stają one twarzą w twarz z książką historyka, której nawet nie potrafię zrecenzować i ocenić. Jest to kopania wiedzy i faktów, ale ja nie z tym będę ją kojarzyć. Dla mnie to jest i będzie książka- przypomnienie. Ogromna próba zrozumienia. Źródło nie tylko do zapisanych zdań, wspomnień, pożegnań, ale również domysłów co do tych niewypowiedzianych lub nieuwiecznionych słów. 

Snyder uczy nas w swoim dziele nie tylko historii. Brutalnie, choć w dobrym celu, zmusza nas do zastanowienia się nad człowieczeństwem. Uczy nas pamięci do wszystkich ofiar i każdej z nich z osobna. 

"Obchody pamięci organizuje się wokół okrągłych liczb- dziesiątek, setek, tysięcy; o umarłych łatwiej jest jednak pamiętać, gdy liczby nie są okrągłe, gdy ostatnią cyfrą nie jest zero. Jeżeli chodzi o Holocaust, łatwiej jest więc może myśleć o 780 863 różnych ludziach w Treblince: tą trójką na końcu mogą być Tamara i Ita Willenberg, których ubrania przylegały do siebie jeszcze po tym, gdy je zagazowano, oraz Rut Dorfman, która przed wejściem do komory gazowej potrafiła zapłakać wraz z fryzjerem. Łatwiej też być może wyobrazić sobie jedną osobę na końcu liczby 33 761 Żydów zastrzelonych w Babim Jarze. Możemy przyjąć, że była to matka Diny Proniczewej, choć naprawdę każdy zabity tam Żyd mógł być tą jednostką- musi być tą jednostką- jest tą jednostką.

Jeżeli chodzi o historię masowego zabijania na skrwawionych ziemiach, we wspomnieniach trzeba zachować milion (razy jeden) leningradczyków zamorzonych głodem podczas oblężenie, 3,1 miliona (razy jeden) różnych jeńców sowieckich zagłodzonych przez Niemców w latach 1941-1944 lub 3,3 miliona (razy jeden) różniących się od siebie chłopów ukraińskich zagłodzonych przez reżim sowiecki w latach 1932-1933. Dokładnych liczb nigdy nie poznamy, wśród nich kryją się jednak pojedynczy ludzie: dokonujące budzących grozę wyborów rodziny chłopskie, ogrzewający się wzajemnie w ziemiankach więźniowie, patrzące na śmierć bliskich w Leningradzie dzieci takie jak Tania Sawiczewa. 

Każdy z 681 692 ludzi zastrzelonych podczas stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938 miał własną, inną historię: dwójką na końcu mogliby być Maria Jurewicz i Stanisław Wyganowski- żona i mąż połączeni ponownie <pod ziemią>. Każdego z 21 892 polskich jeńców wojennych rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku śmierć zastała pośrodku życia. Dwoma na końcu mogliby być Dobiesław Jakubowicz- ojciec marzący, by zobaczyć córkę- oraz Adam Solski, mąż, który pisał o obrączce ślubnej w dniu, gdy kula przeszyła mu głowę.

Reżimy nazistowski i sowiecki zmieniały ludzi w liczby, spośród których część możemy tylko szacować, część umiemy zaś odtworzyć ze sporą precyzją. Jako naukowcy musimy określać te liczby i przedstawić je we właściwym kontekście. Jako humaniści musimy nadać im z powrotem ludzki wymiar. Jeżeli zadanie to się nie powiedzie, oznaczać to będzie, że Hitler i Stalin ukształtowali nie tylko nasz świat, ale i nasze człowieczeństwo".*

I chociaż nie udało mi się wszystkiego pojąć i zrozumieć, i pewnie nigdy mi się to nie uda, chociaż nigdy nie poznam Tani, Diny, Wyganowskiego, ani Solskiego, to wiem, że na pewno będę dalej się o to starać i nie zapomnę. 
W to właśnie wprowadza Snyder i jego "Skrwawione ziemie".

*Cytaty z: T. Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, Warszawa 2011.

3 komentarze:

  1. myślę, że tego typu książki są jednymi z najlepszych, bo dają nam wiele do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie przy okazji tego tematu przypomina się jak ludzie potrafią sobie wzajemnie uprzykrzyć życie... nie mówiąc już o potwornościach drugiej wojny... ale ogólnie...


    P.S. Rozmowa i pisanie o tym ;) nawet niezła recepta na niesmak :)

    OdpowiedzUsuń
  3. I jeszcze raz ja :) do Twojego komentarza u mnie:


    Pranie to nie sprzątanie moja Droga :) nie oszukujmy się ;p jak to mówi mój znajomy... kobiety nie robią prania, one nastawiają pralkę. My nie pierzemy. Pralka pierze. My jesteśmy odpowiedzialne za wstępną obróbkę ;p uwielbiam robić pranie! Sortować, czytać metki...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię.