Przejdź do głównej zawartości

70. Bóg nie jest urojeniem.

Bóg nie jest urojeniem. Złudzenie Dawkinsa.





Zabranie się za tę lekturę zajęło mi trochę czasu, ale w końcu poświęciłam na nią kilka godzin. Efekt nie jest zachwycający. Nie ma wielkiego wrażenia. Ot, książka. 

            Po pierwsze zdziwiła mnie myśl autorów, że po tę książkę w większości sięgną pewnie ludzie wierzący. Nie sądzę, by dało się obronić tę tezę. Znam kilku ateistów, którzy po nią sięgnęli i nie wydaje mi się, by to było coś wyjątkowego. Zawsze warto czytać polemiki. Moim zdaniem to, czy ktoś książkę przeczyta nie zależy od jego poglądu na wiarę, zależy od jego poglądu na polemiki, sposobu przyswajania lektur, etc. 

            Ktoś może zbulwersować się tym, co napiszę, ale ja nie widziałam w tym dziele zbyt wielu argumentów. Autorzy faktycznie obalali tezy Dawkinsa (tzn. pisali, że się z nimi nie zgadzają), ale nie stosowali szerokiej kontrargumentacji. Posługiwali się raczej przykładami, przytaczali zdania różnych naukowców, filozofów, etc. Co prawda użyli sporo literatury (nie ocenię jej jakości, ponieważ jej nie znam), ale nie wydaje mi się to znowuż tak wiele, jak oczekiwałam po opisie książki. Autorzy zarzucili Dawkinsowi, że ten posługuje się wyłącznie tym, co pasuje do jego teorii. Cóż, oni sami również posługują się tym, co pasuje do ich kontr teorii. Wniosek? Kiedy ktoś argumentuje swoją tezę, próbuje ukazać właściwość swojego zdania, używa treść popierających je. Nie widzę w tym nic zaskakującego. Oczywiście ujmuje to obiektywizmowi. Jednak własne zdanie z założenia jest subiektywne.

            Zgadzam się jednak z innymi zarzutami stawianymi „Bogowi Urojonemu”. Otóż faktycznie jego autor narzuca książką swoją niewiarę, chce by każdy jej czytelnik stał się ateistą. Wydaje mi się to co najmniej absurdalne. Dodatkowo, jak pisałam w swojej recenzji Boga Urojonego (klik) Dawkins jest równie wojowniczym ateistą, co fundamentaliści wierzącymi.

            W książce państwa McGrath’ów zirytowało mnie coś, co irytuje mnie u wielu osób – wrzucenie do jednego zdania (parafrazuję), że najwięksi zbrodniarze na świecie, czyli Hitler i Stalin, byli ateistami. Wdech, wydech… W porządku, komunizm zakładał ateizm. Stalin jako ateista, w porządku. Z doskoku dodam, że Stalin w młodości był w seminarium. Może ono zrobiło z niego ateistę? Oczywiście tego nie wiem, nie czytałam zbyt wielu biografii Stalina, podaję przykład rozumowania. Gdybym tak argumentowała na pewno ludzie wierzący oburzyliby się na przypisanie seminarium winy w stworzeniu ludobójcy. Dlaczego zatem nie miewają ludzie i autorzy, poważnych ponoć, prac problemu z wrzucaniem Hitlera do ateizmu i (idąc tym tokiem) przypisywaniem jego zbrodni ateizmowi? Napiszę w ten sposób: Hitler należał do wspólnoty kościoła. Oczywiście można należeć do kościoła i nie wierzyć. Hitler pisał o Bogu, ale jak go rozumiał? Kościół w Rzeszy też nie taki był znowu święty. Jednak przede wszystkim należy podkreślić, że Hitler, niezależnie od jego wiary, czy niewiary, był szaleńcem. Nie przypisałabym jego zbrodni ani wierze, ani ateizmowi. Jeszcze raz zacytuję Sponville’a:

"To nie wiara (lub niewiara- dop. aut.) popycha ku masakrom, lecz wszelkiego rodzaju fanatyzm, zarówno religijny, jak i polityczny, nietolerancja, nienawiść."

W tym wypadku słowa te, według mnie, pasują idealnie. 

Jasne, że są zbrodnie popełniane w imieniu wiary lub niewiary. Nie będę ich rozpatrywała, nie o to chodzi. Zależy mi jednak na podkreśleniu, że obraźliwy, okrutny i niepoparty odpowiednimi dowodami  jest według mnie, używany przeciwko ateizmowi, „argument z Hitlera” (tak go sobie nazwałam).

            Jeśli chodzi o język książki, to nie mogę uczepić się niczego. Jest to krótkie dzieło pisane przystępnie, nikt nie powinien mieć problemów z przyswojeniem go sobie. Jedyne czego mi brakuje to ta swada i sarkazm obiecane w opisie. Za wiele tam tego nie znalazłam. Utwór jest przemyślany, ma przejrzysty układ i konkretny cel. Moim zdaniem nie spełnia go, tak jak Bóg Urojony nie spełnia celu założonego przez Dawkinsa. Niemniej warto sięgnąć, żeby zobaczyć co pisze „druga strona” i znaleźć też pokrewną temu literaturę.

Komentarze

  1. Ej no nie wyłamuj się. Napisałam na końcu posta to pytanie z nadzieją, że właśnie dostanę listę piosenek :D Uwierz mi, że przebrnę przez nie. A nóż poznam coś ciekawego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma zamiaru nikogo zabijać, bez obaw:D Dzięki za linki i dam znać jak przesłucham wszystkie piosenki ;)

      Usuń
  2. Rzeczywiście te argumentowanie o Hitlerze i Stalinie było żałosne i mimo że tytuł mnie zaciekawił to po książkę w życiu nie sięgnę. Nie jestem ateistką ani katoliczką. Wierzę w Boga i nadal Go szukam, ale widzę, że w tym Go nie znajdę...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie lubię takich książek, bo zwykle ich autorzy nie potrafią dobrze argumentować. Może to zabrzmi zarozumiale, ale ja w kilkunastu zdaniach potrafię przedstawić bardziej przekonujące argumenty niż oni w całej książce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie mam zaniżonego poczucia własnej wartości, co to, to nie. Ciężko jest mi nawiązywać nowe znajomości, zrobić pierwszy krok, zawsze czekam, aż druga osoba zrobi to za mnie. To mój problem. (:

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tego co piszesz książka zawiera w sobie wiele sprzeczności. No cóż mogę się tylko cieszyć, że mam swoje zdanie na temat istnienia Boga, więc nie muszę sięgać po tego typu lektury ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawdę powiedziawszy, ciężko jest jednoznacznie zdefiniować słowo "wiara". Zapewne w odczuciu Dawkinsa jest ona utożsamiana z fanatycznym fundamentalizmem, z kolei w odczuciu jego oponentów, z najwyższym dobrem(czyli Bogiem- kim lub czym by on nie był). Ja natomiast osobiście szukał bym konotacji znaczenia słowa "wiara" z pojęciem sensu, a w tym ujęciu dyskusja pomiędzy ateistami, a wyznawcami jakiejkolwiek religii traci swe znaczenie. Dzieje się tak ponieważ wiara jest próbą odpowiedzi na pytania dotyczące tematu "tabu" w dzisiejszym świecie, którym są właśnie pytania o sens ludzkiego istnienia. Dawkins znajduje ten sens w nauce (będącej "Bogiem" dla Dawkinsa) , która nawet przy dzisiejszym zaawansowaniu (powiedzmy sobie szczerze) opiera się w dużej części na wierze. Wyznawcy różnego rodzaju systemów religijnych znajdują te same odpowiedzi w Bogu, Allachu, Buddzie czy jakkolwiek byśmy go nie nazwali. Poszukiwanie sensu jest chyba wpisane w naszą "ludzką naturę" i nawet tak znamienity biolog ewolucyjny jak Dawkins nie jest wstanie od tego uciec. Niemniej on wcale od tego nie ucieka, a jak sam wskazuje jego celem jest to, ażeby ludzie którzy całe swe poznanie naukowe opierają na Bogu (jak pisze Dawkins "urojonym" bo niepopartym przesłankami empirycznymi), nie przeszkadzali tym którzy próbują znaleźć inną drogę odpowiedzi na dręczące ich pytania, tym samym przyczyniając się do postępu ludzkości (przynajmniej jeżeli chodzi o poprawę jakości życia ;]).

    OdpowiedzUsuń
  7. Chyba wróciłam, ale nie jestem pewna. Co do piosenki - to polecam ogólnie Lorein, ale mogę nie być obiektywna, bo zbyt wielką sympatią ich darzę, zresztą każdy to wie. A "Świat rzeczy" jest piękną piosenką. Jak każda, którą mają Lorein. Moim faworytem jest piosenka, której nie ma nigdzie, słyszałam ją dwa razy tylko i czekam, aż się wreszcie gdzieś ukaże. Mam nadzieję, że na płycie?

    OdpowiedzUsuń
  8. Heh. Nie lubię argumentów na temat religii. Jak dla mnie każdy wierzy we własnego Boga i nie ma sensu kłócić się czy ten Bóg jest podobny do tego w którego ja wierzę. Liczy się sama wiara i działanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się zgodzić z tym, że liczy się działanie a nie to, które bóstwo jest lepsze/prawdziwe. Dlatego tak się uczepiłam tego cytatu Sponevilla :) Tutaj jednak myk nie polega na tym, czy Bóg jest w porządku, tylko, czy on w ogóle jest i o to wykłóca się autor książki.

      Usuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

116. Olive Green, czyli jak zagrać w film i nauczyć się angielskiego.

Pamiętam, jak ostatnio w czasie rozmowy przez Skype moja babcia powiedziała, że w głowie jej się nie mieszczą te “wszystkie technologi jakie człowiek nawymyślał”. Faktycznie, trzeba przyznać jej rację - żyjemy w dosyć ciekawych czasach. Podejrzewam, że każde z was wie, czym jest film interaktywny. Dla przypomnienia napiszę, że pozwala on na ingerencję widza w fabułę. Pierwszy taki film powstał w latach 60. XX wieku w Czechosłowacji*. Dzisiaj mamy ich wiele i mogą one służyć nie tylko rozrywce, ale też nauce. Bardzo dobrym jest krótki polski film, który uczy widza pierwszej pomocy**. Po prostu wybieramy opcje działania - co ma się stać - i dalsza akcja jest efektem naszego wyboru.
Teraz wykorzystanie filmu interaktywnego do nauki ruszyło naprzód.
SuperMemo World***, firma (z siedzibą w Poznaniu) istnieje od lat 90. XX wieku i jest kolejnym dowodem na to, co potrafią stworzyć polscy studenci. Wykorzystuje ona technologie (czy też technologi, jakby to rzekła moja kochana babcia) do badania…