Przejdź do głównej zawartości

79. Krótka historia prawie wszystkiego





Krótka historia prawie wszystkiego

Autor:



Zazwyczaj uogólniające zdanie o książce piszę w podsumowaniu. Jednak tym razem czuję potrzebę rozpoczęcia od tego:

Jest to najlepsza książka popularnonaukowa jaką czytałam. 

Bryson zabiera czytelnika w fascynującą podróż po zagadkach nauki. Wraz z autorem można poznać świat w skali mikro i makro, można zrozumieć fizykę, która zawsze była trudna do pojęcia, można zagłębić się w astronomię, prześledzić ewolucję i zajrzeć do królestwa zwierząt. Bryson wychyla się przez okno, patrzy w gwiazdy i schodzi na dno oceanów. Śledzi grunt pod naszymi stopami i wchodzi na szczyty gór. Zagląda do życia mchu i pod każdy napotkany kamień. Obserwuje orbitę, atmosferę i wnętrze Ziemi. 

Oprócz zrozumienia otaczającego nas wszechświata i poznania podstawowych praw, które nim żądzą, poznajemy również procesy, które prowadziły do tegoż zrozumienia, do sformułowania praw i teorii. Wśród tego wszystkiego znajdujemy ludzi, którzy są naszymi darczyńcami – którzy poszerzali stan wiedzy na przestrzeni wieków. Czytamy o ich osiągnięciach i życiu prywatnym. Wiemy jakie mieli poglądy i ile mieli żon. Co badali, co ich złościło, jakie mieli paranoje. 

Pisząc, że Bryson zabiera czytelnika w podróż miałam na myśli coś mniej przenośnego, niż tylko doznania związane z poznawaniem treści „Krótkiej historii prawie wszystkiego”. Otóż autor nie szczędzi opisów sytuacji, w których się znalazł i rozmów, które przeprowadził oraz przeczytanych lektur – wszystkiego, co doprowadziło do powstania trzymanej przez czytelnika w ręku książki.

To wszystko zostało zebrane w jedną całość pod egidą świetnego pióra Brysona, który wie jak złączyć litery w odpowiednie słowa, słowa w zdania i zdania w książkę, by przechodziło się przez nią nie jak przez dzieło o nauce, lecz jak przez bardzo dobrą powieść. 

Nauka może być zrozumiała, przyjemna i fascynująca, jeśliby iść pod rękę z Brysonem i jemu podobnymi. 

Polecam tak gorąco, jak tylko może być w jądrze Ziemi!

Komentarze

  1. Koleżanka kiedyś mówiła mi, że ta książka to nieźle usypia, ale jak zaczęłam ją czytać to twierdzę, że jest bardzo wciągająca, po prostu trzeba lubić takie zagadnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam! Wspaniałe!

    OdpowiedzUsuń
  3. Skoro dzięki niej można zrozumieć fizykę, to się zdecydowanie skuszę :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…