Przejdź do głównej zawartości

95. Służba niezdrowia...

...czyli chorych pomysłów co niemiara.

Tak dla jasności - nie mam nic do rejestratorek medycznych - wiem jak to jest być na ich miejscu. Nie da się jednak nie zauważyć, że czasami (a może i często?) biorą one udział w idiotycznych wręcz sytuacjach, które nie powinny mieć miejsca.

Otóż na potrzeby tego wpisu muszę was poinformować, że u lekarza bywam raczej rzadko. W każdym razie nie biegam do przychodni, jak napalony 16-latek z pierwszą wypłatą do burdelu, przy przeziębieniu i innych niewymagających nieboskiej interwencji stanach.

Tym razem naprawdę sytuacja wymogła na mnie udanie się do miejsca, w którym ktoś sprawnie udzieli mi pomocy. Tak też zrobiłam. Tzn. najpierw zadzwoniłam do przychodni znajdującej się w pobliżu (około godziny 7 rano). Rzecz jasna Pani nie zapytała mnie co właściwie mi dolega. Nie. Spytała skąd jestem i czemu nie idę do lekarza rodzinnego. Po krótkiej wymianie zdań na ten temat (a raczej zdań Pani rejestratorki i mojego majaczenia do słuchawki) dowiedziałam się, że mam sobie znaleźć przychodnię najbliższą ulicy, na której aktualnie mieszkam, bo tam powinnam należeć. A tak w ogóle to przyjmą mnie dopiero od 8.00.

Nie miałam jednak z grubsza wyboru, bo choć nie było za dobrze, to mój stan był daleki od potrzeby wezwania pogotowia.

Z bólem serca (dosłownie!) zwlokłam się z łóżka i odpaliłam laptopa, co by poszukać czegoś na google maps. Na szczęście nie byłam sama - Ktoś mnie wyręczył, potem wpakował w auto (które po drodze stanęło nam chyba z dziesięć razy) i szybko zawiózł do wybranego miejsca pochówku... yyy, pomocy.

Udałam się do magicznego okienka zwanego rejestracją, gdzie wisząc drugi raz tego dnia przeszłam przez wyjęczaną rozmowę o moim miejscu zameldowania i lekarzu rodzinnym, który jest tamże (czyli w odległości około 150 km). W końcu zostałam niemal zarejestrowana...

...niemal. Gdyż jak to z maszynami bywa - zawieszają się. A jak się komputery wieszają, to nikt nic zrobić nie może. Trzeba zatem siedzieć (leżeć/zwisać z ławki) i czekać. Żeby nie było za łatwo, po ponownym "zadziałaniu", system błyskotliwie odmówił mi ubezpieczenia. Musiałam podpisać oświadczenie, że twierdzę, iż jestem ubezpieczona (standard, norma, tak się po prostu robi i wszystko jest ok...)... Tylko dlaczego nie mogłam go podpisać jak się wszystko zwiesiło, żeby tyle nie czekać na pomoc? Cóż...

Potem poczekałam w kolejce. Domyślam się, że mam szczęście, bo trafiłam do lekarza tego samego dnia (i naprawdę to doceniam).

I tak, trzy godziny po wystąpieniu problemu i jakieś pół godziny po ustąpieniu bólu oraz uczucia omdlewania, weszłam do gabinetu.

Choć wszystkie Panie były miłe i takie tam, to mimo wszystko, jak patrzę na to teraz, średnio uśmiecha mi się fakt, że:
- dostałam receptę nierefundowaną i nikt mi o tym nie powiedział,
- jeden z leków składa się w większości ze składnika, na który jestem uczulona.

Taki w sumie... niewiele wnoszący tekst kolejnej rozżalonej klientki, która pewnie ma bardzo mało powodów do tego rozżalenia, a jednak powstrzymać się nie może, bo więcej się namęczyła z dostaniem się do lekarza i próbą wykupienia leków, niż z chorobą.

________________

Wybaczcie nowy wygląd bloga. Ktosiowi się nie podoba. Wam też nie musi. Mi się podoba, bo tak.

Komentarze

  1. Mnie służba zdrowia przeraża, w tym miesiącu będą mi kroić nos D:

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż, tak zawsze było, że powinno się należeć tam, gdzie jest najbliżej. Bez tego to by było zamieszanie! Poza tym, wyobraź sobie, że nie tylko Ty tak potrzebujesz pomocy, tylko jeszcze parę setek innych chorych, którzy muszą jak najszybciej dostać się do lekarza. Koło się zamyka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, tylko problem w tym, że nie jestem stąd i nie należę do żadnej przychodni tutaj. Dlatego chciałam jechać do takiej, która wiem, gdzie jest, ale zamiast tego musiałam szukać tej najbliższej (choć przy następnej wizycie pewnie jakaś inna będzie najbliższa, bo będę już przy innej ulicy mieszkać, jak to na studiach). Zajęło mi to sporo czasu a mogłam być już w drodze do lekarza/po pomoc, czy jak to nazwać.

      Usuń
  3. poszłam ostatnio do lekarza, jakieś dwa tygodnie temu. w stanie dość do-dupnym. czułam się jak zwłoki, głowa mi mało nie wybuchła. ok, stoję w kolejce do okienka.
    podchodzę, imię nazwisko, chciałabym się zarejestrować. "ale pani nie może. nie jest pani ubezpieczona" - wszystko przez zamieszanie z urzędem pracy, bezrobociem, nieważne. nie przyjęli. jak się okazało, przeziębienie przeobraziło się w przewlekłe zapalenie zatok, love love.
    ale jest jeszcze jeden absurd. jak się już ubezpieczyłam to poszłam w końcu do tego lekarza. późny październik, popołudniowe godziny, GIGANTYCZNA KOLEJKA do lekarza i tylko jeden przyjmujący doktor. w którymś momencie zaobserwowałam ciekawą sytuację. podchodzi pacjent do okienka (jeden z wielu w podobnej sytuacji), mówi, że chciałby się zarejestrować. na co pani w okienku "jeśli to nic pilnego proszę przyjść jutro, bo lekarz ma za dużo pacjentów" WTF? kokardy mnie opadły. a to pacjentowi oceniać czy to coś pilnego czy nie? jeśli przychodzi, to uważa, że jednak MA jakiś powód. i tak ze cztery osoby odesłała z kwitkiem. mimo że do końca pracy lekarza zostały jakieś 2 godziny. nie mam pytań.
    wybrać się do lekarza to prawdziwa batalia. człowiek zdąży umrzeć zanim się doczeka.
    polska to nie jest kraj dla ludzi chorych.... -.-

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie to już chyba nic nie zdziwi. A mi się ten wygląd właśnie podoba.

    OdpowiedzUsuń
  5. Na szczęście ja takich wspomnień nie mam :3 No, może oprócz tego, że mi d459986948694gmkfngoneone!409585@##$%# lekarzy odmówiło leczenia mojej wady zgryzu, która jest wadą, bonccobonc normalną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam okropną wadę zgryzu. To chyba coś, czego najbardziej się wstydzę jeśli chodzi o mój wygląd. Moi rodzice zaniedbali to, jak byłam mała. A mnie teraz nie stać na to, żeby to zrobić a za darmo z funduszu się nie da (przynajmniej z tego, co się dowiedziałam od lekarzy, u których z tym byłam).

      Usuń
  6. Polska rzeczywistość.. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. U mnie, żeby zarejestrować się do Ośrodka Zdrowia trzeba wisieć na telefonie od 6:30, na upartego :) Czasem mnie tak dziwi to, że jak dodzwonię się o 6:35, to dowiaduję się, że wizytę mam na 14.00. Jakim cudem, skoro nie wolno rejestrować się dzień wcześniej, a telefon w przychodni jest jeden... Naprawdę w trakcie 5 minut mogło się zarejestrować ponad 20 pacjentów...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na to pytanie akurat odpowiedź brzmi - tak. Pracowałam w rejestracji i uwierz mi, że są osoby (przeważnie starsze), które przy "okienku" stoją jeszcze przed otwarciem. Rejestratorki jednocześnie zapisują przez telefon i normalnie. 20 osób w pięć minut to jest wykonalne :) Przynajmniej u mnie było, a my nie rejestrowałyśmy na ten sam dzień nawet! Tylko np. na za miesiąc na jakieś badania.

      Ale to przykre, że osoby, które czują się źle TERAZ czekają nie wiadomo ile.

      Usuń
  8. Przebijam.

    2 lata temu choroba, na którą cierpię od 3 miesiąca życia mi się uaktywniła. Nie chcę jej dokładnie tutaj opisywać, powiem tylko, że przez kilka tygodni cierpiałem naprawdę mocno. Co jednak jest ciekawe, z badań wynikało, że choroba niekoniecznie przejdzie w stan ciągły. Innymi słowy - może sama mi przejdzie. Co jeszcze ciekawsze, w Polsce leczy się tylko ludzi z przypadkiem ciągłym, który jest - uwaga! - nieuleczalny! Tak, zaczną cię leczyć dopiero w momencie, gdy będzie już za późno. Na szczęście mam rodzinę w Niemczech, która zafundowała mi kurację w klinice na Bawarii. Ale Polska pod względem służby zdrowia to chory kraj, niestety.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…