Przejdź do głównej zawartości

97. Wepchnięci w objęcia uzależnienia



Źródło
Już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym ilu z was widząc osobę bezdomną, nietrzeźwą, prawdopodobnie naćpaną, pomyślało o  jej losie? Czy zdarza wam się choć przez moment nie ulegać stereotypowemu obrzydzeniu wobec ludzi, którzy „sami” i „z własnej woli” popadli w katastrofalną sytuację?









Moim zamiarem nie jest usprawiedliwianie jakiegokolwiek uzależnienia. Jedynie pochylenie się nad nim. Ilu jest ludzi, tyle można wynaleźć przyczyn pierwszego sięgnięcia po używkę. Niemniej jednak są tacy, którzy niesamodzielnie po raz pierwszy zażyli coś, co stało się ich przekleństwem. A przynajmniej nie do końca samodzielnie podjęli taką decyzję.
Źródło

Dążę do tego, co, jak mi się wydaje, dzieje się dzisiaj coraz częściej – do przepisywania leków tylko po to, by cokolwiek przepisać pacjentowi. Nie będę tutaj roztrząsała czyj w tym interes. Od dawien dawna leki przepisywane przez lekarzy były mniej lub bardziej niebezpieczne. Chociaż dzisiaj nasza wiedza jest dużo większa, to nadal pacjenci otrzymują recepty na leki, które mogą silnie uzależniać. Zwłaszcza pacjentów o słabszej psychice.



Ktoś wybiera się do lekarza z dolegliwościami różnego rodzaju i właściwie nie wie skąd się one biorą. Wie jedynie, że go osłabiają, że źle na niego wpływają. Do tego dochodzi ciągle złe samopoczucie. Nierzadko zdarza się, że podłożem tego typu zachowania organizmu jest po prostu psychika. Ja znam kilka takich przypadków bardzo blisko siebie. W tym mnie.

Źródło

Zalecenia? Oczywiście, przyjdzie wam do głowy kontakt z psychologiem. Nie zawsze jednak lekarz o tym wspomina – często w żaden sposób nie informuje pacjenta o tym, by umówił się na taką wizytę. A chociaż wielu osobom naturalnym wydaje się to, że do specjalisty należy się udać, to jednak nie każdy jest świadomy psychicznego podłoża swoich problemów lub też nie każdy ma w sobie tyle odwagi wewnętrznej, by podjąć taką decyzję.


Głęboko wierzę, że wszelkie próby rozwiązania problemów zdrowotnych pomijające branie silnych leków są dobrymi próbami i mają na względzie bezpieczeństwo pacjenta. Widocznie jednak się mylę, ponieważ lekarz często zamiast rozmowy i zaleceń wypisuje… receptę. 


Może ja, Ty i Twój kolega wiemy, że nie jest zbyt dobrym pomysłem tak po prostu zacząć brać leki uspokajające, usypiające, etc. Ale ktoś inny może tego nie wiedzieć lub po prostu zaufać lekarzowi jako specjaliście.

Branie takich leków wpływa jedynie na „roślinowatość”. Wszystko jest niby w porządku. NIBY. Bo tak właściwie wszystko staje się po prostu obojętne. A organizm przyzwyczaja się do zażywanych środków. I nim się obejrzymy już nie wyobrażamy sobie życia bez nich, bo odstawienie to znowu bóle i bezsenność. 

Przy takiej ilości „chorych” niefizycznie młodych osób, jaką mamy dzisiaj stosowanie takiego czegoś wobec pacjentów wydaje mi się po prostu zapychaczem na zasadzie „masz, zdrowiej, tylko idź już stąd, bo to nawet nie choroba”. Brak realnego wkładu i wysiłku w rozwiązywanie tego typu problemów (np. wyjaśnienie pacjentowi dlaczego lepiej, by udał się do psychologa, niż by brał różnego rodzaju niebezpieczne leki) jest bardzo rażącym problemem. Bowiem oprócz zysku dla farmaceutyki powoduje również ogromne straty… dla pacjenta, który powinien być najważniejszy. Nie mówiąc już  młodych, nieświadomych lub zbyt ufnych osobach. Właściwie każdej osobie w takiej sytuacji może to zafundować uzależnienie od branych środków. Nie taka jest chyba rola lekarza. Zwłaszcza, że istnieje wystarczająca ilość tego typu leków bez recepty, które biorą młodzi ludzie.

I nigdy nie wiadomo co się z takim człowiekiem stanie dalej. Może kiedyś leki nie wystarczą? Może spotkacie go kiedyś na ulicy?

______________________________________________

Idąc za ciosem (czyli po nauczeniu się obsługi strony internetowej) wrzuciłam do jednego pliku kilka swoich wierzy. Niektóre z nich już czytaliście, inne nie. Wszystkie napisałam... oj, dawno temu, jak byłam gówniarą w gimnazjum/liceum.
No, w każdym razie, do pobrania tutaj: Spacery z Cierpieniem

Komentarze

  1. Zastanawiam się nad tym bardzo dużo ostatnio, bo dzieją się wokół mnie dwie niedobre historie. Rozmawiam, staram się pomóc, ale na razie trafiam na mur. Najchętniej zawlekłabym za włosy do ośrodka, ale wiem, że nie tędy droga. I między potępieniem głupoty a niezrozumieniem, jest mi tych dwóch dusz szalenie szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. trudny temat, ale dobrze, ze sie nad nim pochylasz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Każdy człowiek niesie inną historię. Leki to paskudztwo... pomaga na jedno, a szkodzi na wiele innych sposób. Nie wspominając już nawet o wspomnianej przez Ciebie lekomanii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale to zupełna prawda. Coraz mniej wykształcone społeczeństwo to tak naprawdę pożywka i konik napędowy dla biznesu, również lekarzy. To straszny obraz, a tak prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń
  5. To temat rzeka... bo lekarze nie mają czasu, bo nie mają pieniędzy, NFZ... i inne takie ciężkie terminy... to temat na rozmowę. Nie wiem czy mamy jakiś wpływ na tę sytuacją, ale wiem, że świadomość to duży krok do przodu :)


    P.S. I jak poszło z wstawaniem? Ale porannym takim! Cwaniaro? :p

    OdpowiedzUsuń
  6. O tym słyszałam nie raz. Od czasu kiedy miałam problem z kamieniem na nerkach i cierpiałam w bólu. Byłam u trzech lekarzy, każdy przepisał mi coś innego. Z czego jeden przepisał mi coś co mogło mnie nawet zabić. Jak dobrze, że mój organizm jest mądrzejszy ode mnie i odrzucił ten lek. Dopiero mi pomogło jak poszłam do szpitala. Oczywiście sama musiałam tam dojechać. Karetka nie przyjedzie po osobę, którą boli tak, że ledwo chodzi.
    Od tego czasu nie ufam lekarzom, wolę poczytać książki, żeby wiedzieć co mi jest potrzebne na daną dolegliwość.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…