Przejdź do głównej zawartości

138. Zdjęcia z imprezy.

Gdyby na imprezach nie robiono zdjęć, byłoby mniej rozwodów.
No dobra. Tak naprawdę, to gdyby ludzie po alkoholu nie rzucali się na płeć przeciwną, jak dzika świnia po żołędziach na kosz ze śmieciami, byłoby mniej rozwodów.
Ale zdjęcia z imprez i tak są słabe.

Lubicie robić zdjęcia? I być na tych zdjęciach? Świetnie! A ja nie. Koniec. Kropka. Tyle w temacie.

Źródło
Jestem posiadaczką całkiem sporej ilości fotografii. Zarówno tych wywołanych, jak i walających się po moim laptopie. Lubię wspominać, patrzeć na uśmiechniętych przyjaciół, znajomych, a nawet na moją rodzinkę. Nie oznacza to jednak, że chcę być fotografowana w każdej sekundzie mojego życia.

Zawsze irytowały mnie imprezowe zdjęcia. Jeśli ktoś chce mieć fotki z zabawy, to niech je sobie robi. Ale po cholerę lata z aparatem za mną, gdy wyraźnie mówię, że nigdzie uwieczniana być nie chcę? W ogóle, co to za dziwny zwyczaj, robienia zdjęć ludziom, którzy tego nie chcą? Czy niechęć do tego rodzaju aktywności jest jakąś zbrodnią? 





Poważnie - siedzenie z soczkiem na trawie nie jest wydarzeniem wagi ślubu, nie muszę mieć z tego pamiątki na całe życie. Zresztą, nawet bez tego, zapamiętam, że gdzieś z kimś byłam.

Źródło
Jestem takim typowym, żenującym twarzowcem. Ale jakby nawet pominąć to - każdy ma jakąś krytyczną fotkę, której się wstydzi. I każdy pewnie choć raz zobaczy taką na jakimś szajsbuku, czy innym śmieciu społecznościowym. Z oznakowaniem. Z lajkiem od mamy brata cioci babci jakiegoś znajomego. Pomyślisz sobie "o kurwa", ale napiszesz "hahahahahaa, ale wyszłam, hahaha, ale impreza, hahaha, love, love, sratatata :*:*:*:*". A potem wyrzucisz laptopa przez okno.
Do beznadziejnych zdjęć wyłączne prawo mają nasi opiekunowie, posiadający całą kolekcję z dzieciństwa: golasek, golasek w wannie, golasek na kiblu, obsmarkany golasek z lizakiem.





Osoba hasająca z aparatem na każdej imprezie albo i nieimprezie, która potem jeszcze twierdzi, że tylko ona ma prawo zarządu nad zdjęciami, z których będzie zlewała się całymi latami z koleżankami/kolegami (choć szczerze przyznam, że nie znam żadnego faceta z takim chorym zachowaniem) i jeszcze do tego wszystko upubliczni, powinna mieć kiedyś ten aparat włożony w ... torbę. Należałoby takie fotograficzne emu nauczyć latać. Nie wiem skąd tacy ludzie wiedzą lepiej, niż ja, czy chcę mieć milion zdjęć, czy nie, ale również chciałabym posiąść ten dar.

Wiecie, uwiecznianie chwil jest świetne. Ale jak ktoś za bardzo się tym zajmie, to za moment nie będzie co uwieczniać, bo wszyscy będziemy jedynie co sekundę pozować do kolejnej pamiątki.

______________________
Znajdź mnie:

Komentarze

  1. Po prostu nie zawsze trzeba wszystko uwieczniać. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak jak we wszystkim: co za dużo, to nie zdrowo.
    Bardzo miło ogląda się zdjęcia, ale irytujące i wnerwiające jest, jak ktoś ci co sekundę wali fleshem po oczach -.- Albo jak pokazuje wszystkim zdjęcie, które ci się nie podoba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja do zdjęć prawie nigdy nie pozuje i po kłopocie. Jak ktoś robi sobie milion zdjęć, to niech sobie robi, po co się spinać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Jeśli chce SOBIE robić milion zdjęć, to niech je robi SOBIE. A nie wszystkim dookoła trzaska.

      Usuń
    2. Źle skonstruowałem zdanie:) Mam na myśli, że jeśli chce mi robić zdjęcia, to niech robi, życie mi się od tego nie skróci (chyba, że amerykańscy naukowcy odkryli coś czego nie wiem;))

      Usuń
    3. Haha, znowu ci amerykańscy naukowcy. Nie wiem co oni tam poodkrywali. Racja, życia nie skróci. Ale nerwy chyba mogę (czy nie mogą)? Jeśli tak, to mi skraca to życie, bo ja akurat bardzo nie lubię takich sytuacji.

      Usuń
  4. Też mnie wkurza ogólna tendencja do pstrykania fotek. Jak sobie, to jeszcze pół biedy, ale swojemu śniadaniu to już cała wielka bieda. Miliony zdjęć- a po co to komu? Żeby pamiętał co wczoraj żarł na kolację? Mam na komórce około pięciu zdjęć, same zabawne, robione za zgodą modela i w beznadziejnej jakości, bo moja komórka to już zabytek. I jakoś nie czuję się przez to gorsza. Wkurza mnie kumpela, która chce mieć wciąż moje zdjęcia, a najlepiej zdjęcia jej ze mną, na których ona wychodzi świetnie, bo jest ładna zwyczajnie, a ja obok niej taka sierotka Marysia we flanelowej koszulinie...Ona uważa, że to słodkie, a mnie szlak trafia, bo nienawidzę na siebie patrzeć, a sytuacje wciąż mnie do tego zmuszają. Już w ogóle nie mówiąc o imprezach, no fajnie sobie powspominać, ale we wspomnieniach to wszystko wygląda sto razy lepiej niż na zdjęciu. Zdjęcie prawdę ci powie, obiektywną i bezstronną, a pamięć daje łagodniejszą wersję...więc wolę pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no wiesz, żeby ta kanapka z szynką zajęła specjalne miejsce w twoim sercu. Wywołasz sobie takie zdjęć albo, jeszcze lepiej, stworzysz fototapetę: chwile mojego życia. Ser, szynka i pomidor. Do tego jakiś ładny cytat renesansowego filozofa albo Pałlo Kołejlo i jazda.

      Usuń
  5. Zdjęcia trzaskać uwielbiam, sama siebie na zdjęciach nie znoszę, choć na kilku jestem i nawet na fejsbuka ze dwa (z czego jedno kompromitujące ;)...) wrzucono i raczej się uśmiałam niż zaczerwieniłam. Inna rzecz, że ja sama trzaskam raczej żuczki, pączki i inne chmurki, więc nikomu w drogę nie wchodzę. Uczniów z Austrii mam też natrzaskanych kilka gigabajtów, ale sami się pod obiektyw pchali. Dodam jeszcze, że też nie cierpię zdjęć z imprez: kiedyś kumpel, trzeźwy jak świnia, nas upierdliwie fotografował. Skoro potem te zdjęcia ukrył tak, żeby ich nikt nie znalazł, pytam się, po cholerę je w ogóle robił. Mamy niepisaną umowę, że nawet jeśli w takich sytuacjach aparat mam ze sobą, to nie po to, by ludzi uwieczniać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kocham robić zdjęcia, czasami przesadnie, ale nigdzie tego nie wrzucam no chyba, że na pocztę komuś wysyłam. Na ogół fotografuje znajomych by im potem przesłać zdjęcia. Ale też zdarza się, że aparat siedzi w torbie nie używany :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To chyba pojazd po mnie :D Żartuję :)
    Jak wiadomo, zdjęcia robić uwielbiam i zdjęcia robię. Fakt, czasem widzę zażenowane miny fotografowanych i to olewam. Ale przede wszystkim nie uważam, że mam prawo do zarządzania zdjęciami a wysyłam je do organizatora np urodzin, żeby swoim gościom porozsyłał. Po drugie: nie upubliczniam!!! To nie ślub, za który mi płacą. To prywatna impreza. Po trzecie, a może powinno być po pierwsze: robię selekcję. Rozdaję zdjęcia które WYSZŁY a nie takie które po prostu zrobiłam. Mam takie, na których autofocus nie zadziałał i zamiast twarzy są mokre plamy, mam też takie, na których lampa błyskowa (tak, ta duża, ta co daje po oczach) nie zadziałała i na zdjęciu widać mroczne plamy. One idą do kosza.
    A resztę zdjęć do programu, obrabiam lekko i oddaję te ładne!!!!!! :)
    A poza tym uważam,że jestem artystą i oddaję portrety artystyczne, nawet z imprez :D Dużo osób potem mi już podziękowało za piękne ujęcia :P

    A pstrykaczy lampą wbudowaną, robiąc zdjęcia z czerwonymi oczami i blade twarze ominę. Ten etap na szczęście mam za sobą. No, chyba, że mówimy o mojej siostrze, która ciągle robi zdjęcia komórką i pyta się mnie, kiedy może mi zgrać te, które mi zrobiła. Nie będę tego komentować :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, do Ciebie :D
      Nie no, żartuję. Z osobami Twojego typu, to już trochę inna sprawa. Jasne, że ja opisałam skrajne, najbardziej wnerwiające przypadki, ludzi z cyfrówkami lub kalkulatorami, którzy robią zdjęcia zupełnie z dupy. Natomiast Ty przypominasz mi raczej moją przyjaciółkę, Hime, która jest fotografem i zdjęcia od niej zawsze są super, bo też wie, które zostawić, a które wywalić, etc. Ale osoby takie jak wy to zupełnie odrębna kategoria.

      Usuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

116. Olive Green, czyli jak zagrać w film i nauczyć się angielskiego.

Pamiętam, jak ostatnio w czasie rozmowy przez Skype moja babcia powiedziała, że w głowie jej się nie mieszczą te “wszystkie technologi jakie człowiek nawymyślał”. Faktycznie, trzeba przyznać jej rację - żyjemy w dosyć ciekawych czasach. Podejrzewam, że każde z was wie, czym jest film interaktywny. Dla przypomnienia napiszę, że pozwala on na ingerencję widza w fabułę. Pierwszy taki film powstał w latach 60. XX wieku w Czechosłowacji*. Dzisiaj mamy ich wiele i mogą one służyć nie tylko rozrywce, ale też nauce. Bardzo dobrym jest krótki polski film, który uczy widza pierwszej pomocy**. Po prostu wybieramy opcje działania - co ma się stać - i dalsza akcja jest efektem naszego wyboru.
Teraz wykorzystanie filmu interaktywnego do nauki ruszyło naprzód.
SuperMemo World***, firma (z siedzibą w Poznaniu) istnieje od lat 90. XX wieku i jest kolejnym dowodem na to, co potrafią stworzyć polscy studenci. Wykorzystuje ona technologie (czy też technologi, jakby to rzekła moja kochana babcia) do badania…