Przejdź do głównej zawartości

148. Literatura kobieca.

Uwaga! Będę pieprzyć i marudzić.

Podobno Google wiedzą już wszystko. Cóż, zagięłam Google. Wujaszek (nie, tym razem nie piszę o Stalinie) Dżi. nie ma pojęcia, czym jest literatura kobieca.
 Ja nie mam pojęcia.
Słownik nie ma pojęcia. 
Na szczęście nie jesteśmy jakąś wyjątkową enklawą niewiedzy.

Zastanawiam się, czy określenie "literatura kobieca" odnosi się bardziej do odbiorcy, do treści, czy do twórcy? Wydaje mi się, że jest to połączenie tego wszystkiego. Nie sprawia to jednak, że to dziwne pojęcie staje się bardziej klarowne.

Odbiorca. Czyli, na przykład, ja... Tam jestem, w lewej kolumnie bloga. Znaczy, kawałek mnie.

Zdjęcie autoryzowane, Miau.
Dałabym wam mojego paszcza, ale toć to wstyd. Dlatego jest kot. Jak się pewnie domyślacie, kot nie jest moim największym fanem.

Dobrze, ja nie o tym.

Czy literatura czytana przez kobiety, to literatura kobieca? Jeśli tak, to Historia Gospodarcza Świata Camerona albo Skrwawione Ziemie Snydera, to literatura kobieca? Jakoś nie wydaje mi się.

Wiem, wyjątki potwierdzają regułę, bla, bla bla. Jednak kobiety uparcie czytają bardzo różnorodną literaturę, więc nie da się tego uprościć do rodzaju odbiorcy. Łatwiej jest np. z literaturą dla dzieci. Później wszystko się komplikuje.







Treść.

Źródło
Generalnie kobiecość literatury wypada tutaj raczej negatywnie. Treść kojarzy się ze słabym romansidłem, bzdurami, ewentualnie (ewentualnie!) życiem rodzinnym oraz jakimiś ciężkimi doświadczeniami.

Niby jest to obraźliwe, ale z drugiej strony trudno się nie zgodzić. Jaką inną treść można przyporządkować do tej kategorii? No, jeszcze jakieś Jedz tak, by dupa ci nie urosła, Jak wykarmić rodzinę w Polsce, Potrawy, których nigdy nie ugotujesz, bo kto normalny leje takie drogie wino do mięsa dla teściowej, Jak nie sprzątać domu i zamiast tego czytać książkę o sprzątaniu domu, Lekcja stylu: Pomaluj se pięknie oko i rozmaż się za pięć minut, etc.

Ale przecież nie są to jedyne tematy, które interesują kobiety, więc albo wszystkie tematy, będące w puli zainteresowań kobiet, należałoby wrzucić do tego terminu, albo odszczepić tematykę od odbiorcy. Jednak literatura kobieca nieczytana przez kobiety nie miałaby sensu.

A poza tym, że niby faceci nie czytają romansów, czy innego kucharzenia? Bo na okładce nie ma faceta, tylko jest pani w fartuchu (lub bez, w zależności od gatunku)? Błagam...

Twórca.

Źródło
To już w ogóle jest jakiś absurd. Nie wiem jak się ładnie do tego odnieść. Dobrze, głównymi odbiorcami Grocholi są kobiety. Trudno się nie zgodzić. Jednak jest całe mnóstwo innych pisarek. J.K. Rowling i jej Harry Potter, chociażby, nie są raczej skierowane do kobiet. Marci Shore i Smak Popiołów? Chyba nie, co?

Tutaj tak określono tematykę kobiecą:

Określenie "tematy kobiece" wciąż pozostaje straszakiem, którego używa krytyka literacka. Kobieta nie może pisać o kobiecie, bo to nie daj boże będzie to feministyczne i ideowe - a fe!. Kobiety powinny poruszać tematy bardziej uniwersalne, co należy tłumaczyć jako takie, które opisałby 50-letni alkoholik z problemami sercowymi względnie Hemingway. Tymczasem coś takiego jak uniwersalna powieść nie istnieje!

Generalnie jestem w stanie się zgodzić. To brzmi zastraszająco. Chociaż nietrafne wydaje mi się porównanie, tzn. tego Hemingwaya można by wyciąć. W końcu to był alkoholik i chyba miał problemy sercowe (a na pewno podboje sercowe i seksualne, czy to był dla niego problem - cóż, tego nie rozsądzimy). Ale ja nie o nim.

Twórcą więc nie musi być kobieta, a kobieta twórca nie musi pisać literatury kobiecej.

Literatura kobieca jest zatem... czym? Literaturą dla kobiet, opisującą pierdoły lub ciężkie doświadczenia związane z konkretną płcią, pisaną przez inne kobiety?

Ja pierniczę, jaki tytuł. Źródło.

Bez sensu. Generalnie cały ten wpis jest bez sensu. I mogłabym to zrzucić na siebie, ale tym razem tego nie zrobię. Zdaje mi się, że po prostu wszystko prowadzi do tego, że określenie "literatura kobieca" nie ma sensu, ponieważ nie wiadomo czego dotyczy. Taki sztuczny podział. A jeśli dotyczy tego, co naprawdę stawia się na półkach z tym podpisem, dodaje na stronach z dopiskiem o tym "gatunku", to czuję się urażona, że kobiecości przypisuje się wyłącznie taką tematykę. Dlaczego romans nie może pozostać romansem, książki kulinarne książkami kulinarnymi, itd? Nie rozumiem tego. 

Jeśli mamy wrzucać wszystko do jednego wora, to ja chciałabym, aby powstał jeszcze jeden osobny gatunek: Literatura dla pozorantów (chciałam napisać debili, ale nie chcę nikogo obrażać) albo dłuższa nazwa - Literatura dla osób, które niewiele myślą, więc muszą czytać wyłącznie proste teksty i zdaje im się, że dzięki temu są tak zarąbiste jak wszyscy inni czytający, niezależnie od poziomu porównywanych książek.

Zawsze jak widzę półkę z literaturą kobiecą, to przed oczami stają mi też inne głupoty, jak np. półka z literaturą psychologiczną, na której znajdują się jakieś słabe poradniki i Pawlikowska. Psychologia, jak cholera. Kobiecość, jak cholera. A tam.
______________________
Dawno nie pisałam (mantra wszystkich bloggerów?), ale mi się nie chciało, bo nic mi się nie chce po pracy. Tzn. czytać mi się chce, leżeć na plaży albo spać. I marudzić, jak widać.

Linki do stron z pisaniną o literaturze kobiecej, czyli inne opinie:

Literatura kobieca - okiem Margaret Atwood
BiblioNetka - Literatura kobieca
Literatura kobieca - jest czy jej nie ma?
Czy istnieje coś takiego jak literatura kobieca?

Jest nawet festiwal osobny:
Pióro&Pazur - Festiwal Literatury Kobiecej

___________________
Znajdź mnie:

Komentarze

  1. Poruszyłaś bardzo ciekawy temat i jestem ciekawa innych komentarzy. Ja generalnie nie lubię szufladkować książek, więc każdą powieść czy to inny gatunek, określam sobie sama. Poza tym wydaje mi się, że literatura kobieca to bardzo szeroki obszar i każdy będzie miał prawo do własnej interpretacji tego pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, ciężko jest zaszufladkować wszystkie powieści, by pasowały dokładnie do danego gatunku, toteż sami często jakoś je kategoryzujemy. Nadal jednak ta kobiecość tej literatury jakoś mnie nie przekonuje. Być może się mylę, ale według mnie jest to niesamowicie nietrafne określenie.

      Usuń
  2. Takie są stereotypy. I z nimi się nie wygra (wielu ludzi próbowało, jak dotąd - bezskutecznie).
    Muszę przyznać, że według mnie literatura kobieca to właśnie te wszystkie powieści, które określiłaś bliżej określonym mianem 'płytkich'. Tak po prostu mi się kojarzy, jak zresztą większości osób. Nie zmienimy tego. A może nie powodu, by zmieniać?... Przecież przeważająca liczba kobiet czyta niemal wyłącznie takie dzieła, pewnie kwestia osobistego gustu, nie wnikam.
    Co do tytułu książki o (?) wampirach - zgadzam się. Mistrzostwo. Zgaduję, że bardzo poczytne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi również kojarzy się z takim totalnym badziewiem. Masz rację, to stereotyp. Przecież sama jestem kobietą i tego, przepraszam, gówna nie czytuję (chyba, że od jakiegoś wielkiego święta).

      Naprawdę myślisz, że większość kobiet czyta tego typu książki? Pytam poważnie, bo w sumie z niewieloma kobietami "trzymam", a jeśli już, to rzadko rozmowa schodzi na temat literatury (może to powinien być jakiś znak?). To byłaby w sumie bardzo smutna wiadomość.

      Usuń
  3. Hmmmmmmmmmmmm. Nic nie zrozumiałem. Serio, jestem taki głupi, że przeczytałem i nadal nie wiem, co owa "literatura kobieca" oznacza. Hmm..
    Niestety, ale utrwaliło się takie przekonanie, że kobieta w kuchni w przerwie między gotowaniem obiadu, a zmywaniem czyta jakieś romansidło i znudzona już życiem z mężem i trójką dzieci, rozmarza o przygodach z przystojnym, napakowanym księciem.
    Ja tam lubię romans czasami przeczytać, chociaż nie.

    A wpisz w Google "moja kobieta".
    C:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jeszcze nic! Ja to pisałam i poprawiałam, i też nadal nie wiem, co ta literatura kobieca miałaby oznaczać!
      Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób ma takie przekonanie. I nawet nie byłabym zdziwiona, gdyby nie to, że przecież jestem kobietą i tak nie postępuję. Należę do odszczepieńców, czy co? :/

      O to ci chodziło? https://www.youtube.com/watch?v=6kio0wwTj5Q :D

      Usuń
  4. Ciekawe! Zawsze jak zamawiam książki przez internetową księgarnię, to korzystam z "literatura kobieca". Sama zauważyłam, że są tam przeróżne gatunki. Dobra "literatura kobieca" to nie gatunek, to po prostu podział, by każda z kobietek zasięgła właśnie tam, tu i teraz, bo w fantastyce tego nie dostanie. Bo tak, są tam romanse, powieści obyczajowe, lekko dramatyczne i puste (hah, dobre sobie), które czyta się za szybko i nie są za ciekawe. No to ten, lubię chyba puste książki -_-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, każdy może lubić takie książki, jakie chce. Powieść obyczajowa też może być wymagająca, tak samo romans (w szkole tłuką nam Granicę, a co to niby jest?). Świat przedstawiony może mieć wiele odcieni.

      Fakt, jest to bardzo dobry chwyt jeśli chodzi o księgarnie internetowe.

      Usuń
  5. Stereotypy są wszędzie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, a to, nie dość, że stereotyp, to jeszcze uogólnienie. Ale uogólnienia też są wszędzie.

      Usuń
  6. Też nad tym ostatnio myślałam (: tylko, że w moim przypadku zaczęło się od prasy, bo chciałam kupić czasopismo o górach, a znalazłam je na półce z prasą męską. Jakoś to jest, że wszyscy ograniczani jesteśmy do tępych podziałów - kobiety to tylko romansidła, a faceci to sport. Przedłużenie stereotypu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prasa! O matulu. Też o tym zawsze myślę. Nie napiszę o tym, bo to jest tak oczywiste, te półki z prasą kobiecą są tak słabe. Niemalże same szmatławce.

      Usuń
  7. Mi podział na literaturę kobiecą i inna bardzo pomaga, bo wiem, czego nie czytać... Z góry mogę założyć, że będą to książki mało ambitne i dla mnie nudne. Ale z tym jest jak z ciuchami, moim zdaniem. Raz sie fajne spodnie znajdzie w dziale damskim, a raz koszulkę w dziale męskim. Wszędzie znajdzie się podział na płcie. Piłka nożna- dla facetów, gospodarstwo domowe- dla kobiet... Choćby profile w liceum- mat-fiz same chłopaki, humana same dziewczyny. Stereotypy nie muszą być krzywdzące.
    Mnie kiedys wkurzało, ze gitara to działka tak sfeminizowana. Na kursie były same dziewczyny. Tak, tylko wyuczyłam sie trochę lepiej, i okazało sie, że w świecie bardziej profesjonalnym, świecie młodych zespołów, są sami faceci, a ja jestem dziwnym wyjątkiem...
    Szufladkować sie zawsze będzie, ale co za problem skakać po szufladkach?
    Ciekawy tekst swoją drogą. Tylko temat przypomina mi jeden tekst z testu z polaka, który pisałam pod koniec roku... Ech, te wspomnienia :P
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to dobrze, że ci pomagają. Zawsze to jakaś wskazówka przy zakupach. Jak napisała Zu. - są jeszcze te nieszczęsne półki z prasą kobiecą - tam rzadko chadzam. A jak chadzam, to odchadzam zawiedziona.

      Nigdy nie słyszałam, by gitara była sfeminizowana. Serio! Mi i wielu osobom wokół mnie, gitara kojarzy się z facetem. A tu taka niespodzianka.

      Usuń
  8. Jako kobieta czasami mam wrażenie, że jestem mało kobieca, bo nie jestem wkręcona w tzw. tematy kobiece. Obserwuje i słucham jednak uważnie. Mogę jedynie stwierdzić co większość kobiet z mojego otoczenia (z którymi miałam okazję się spotkać) uważa za tematy kobiece i literaturę kobiecą. Są to wszelkie poradniki od gotowania po psychologiczne dyrdymały typu "jak żyć długo i szczęśliwie", romansidła itp. Jest chyba jeszcze jeden nurt. Lubią czytać o innych kobietach, terminatorkach, silnych, których nic nie złamie i zawsze podniosą się z każdego upadku. Jesteś pulchna, straciłaś pracę, rzucił cię mąż,znajdziesz ukochanego, rozwiniesz karierę, a może masz już swój wiek a jesteś samotna, ale i tak pewnego dnia spotkasz miłość życia, powoli starość dopada i robisz się babcią i tak stać cię na szaleństwa, na miłosne uniesienia i przygody. Literatura, która chyba daje nadzieję wielu kobietom i poprawia nastrój i dodaje sił, by być niezłomną, jak ulubiona bohaterka. Tylko życie to nie książka i często przeżywają rozczarowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo, jeśli chodzi o zainteresowania. Jednak widzę, że są kobiety, które mają podobnie (chociażby część bloggerek, trochę dziewczyn poznanych na studiach). Faktycznie, większość poznanych przeze mnie przedstawicielek płci tzw. pięknej interesuje się jednak tym, co opisałaś. Zastanawiam się tylko, czy to naprawdę wynika z tego, że "większość" tak ma, czy z tego, że po prostu my trafiamy na takie? Niby gdzieś z tyłu głowy wiem, że powinnam obstawiać to pierwsze.

      Usuń
  9. Mam bardzo prostą definicję literatury kobiecej- to takie gówno do którego nikt się nie przyznaje, więc zarzucono czytanie tego kobietom. Kobietom z rodzaju kura domowa. Nie, nikogo nie szufladkuję, takie kobiety po prostu istnieją. Ograniczone, myślenie uważające za głupotę, cierpliwe i zapracowane. Bez nich świat by zginął.
    Zresztą, literatura męska kojarzy mi się też raczej negatywnie. zwłaszcza sporo kryminałów się do takowej zalicza: wszystkie opowiadające o podstarzałym policjancie rozwodniku.
    Dobra literatura jest bezpłciowa, każdy może ją czytać i nikt się nie wstydzi o tym mówić.

    OdpowiedzUsuń
  10. Łatwo jest wrzucać książki do szufladek "literatura męska", "literatura kobieca", a przecież każdy jest do pewnego stopnia indywidualnością. Tak więc kobieta może czytać książki o wojnach, a facet te o gotowaniu. Nie widzę w tym nic złego. Nie dajmy się stereotypom :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Fakt, tak zwana literatura kobieca głównie z badziewiem się kojarzy. A że wakacje mam i badziewiarsko myślę, to chętnie poznałabym tego wampira - milionera. Mógłby mnie nawet ugryźć, mrau ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie znam się to się wypowiem.

    Szufladkowanie jest ważne dla komunikacji międzyludzkiej. Ile znacie/rozróżniacie kolorów? Nieistotne ile, bo i tak nie rozróżniacie wszystkich. Komputery rozróżniają kilkanaście milionów. Z matematycznego punktu widzenia kolorów jest nieskończenie wiele, co w praktyce oznacza, że nie na na świecie 2 identycznych kolorów, ale to nie powstrzymuje nas przed etykietowaniem. No bo po co mówić: kolor mający barwę (krwi z dużą domieszką koloru mlecznego) z odcieniem (cytrynowego z czerwonym zabarwieniem) - nawiasy dla większej przejrzystości - skoro można zebrać wszystkie podobne kolory, które można określić w ten sposób, i zdefiniować je jako kolor łososiowy. I tak w każdej dziedzinie, usprawniamy w ten sposób dialog. Trochę absurdalny przykład, ale rozumiecie.

    Inna sprawa czy definicja jest trafna. Nad literaturą kobiecą nigdy się nie zastanawiałem, ale jak teraz myślę, to właśnie takie mi się nasuwa wyobrażenie - jakieś mdłe romansidło. Nie oceniam trafności, bo moim zdaniem target nie powinien być kryterium definicji gatunku.

    W ogóle definiowanie gatunków, mimo że konieczne, to taki trochę worek bez dna, bo zawsze znajdą się koneserzy, którzy lubią bardzo konkretne filmy/seriale/książki/muzykę, dla których obecne gatunki są zbyt szerokie i trzeba definiować nowe gatunki. Nie wiem akurat, jak jest z książkami, ale jak ktoś siedzi z filmach lub muzyce to wie, o czym mówię.

    Np. http://pl.wikipedia.org/wiki/Nazi_exploitation

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie ma niezmiennej istoty kobiecości, to i nie ma literatury kobiecej. Przywoływane tutaj stereotypy dotyczące literatury kobiecej są krzywdzące i wiążą się z ogólnym postrzeganiem kobiety w kulturze. Irytuje mnie ta opozycyjność: męska, czyli dobra - kobieca, czyli zła. Niestety, często się spotykam (nie tylko w blogosferze książkowej) z podobnym wartościowaniem. Czytam o literaturze faktu, że to "mocna, męska proza" i o powieści obyczajowej, że to "powieść typowo kobieca, lekka, łatwa i przyjemna". Pojawia się też podgrupa: literatura dla nastolatek. Czytam np.: "ta powieść może się spodobać tylko nastolatkom". To też mnie smuci, bo opiera się na założeniu, że my, nastolatki, nie mamy gustu, czytamy tylko kiepskie powieści o określonej tematyce.
    Trzeba jakoś walczyć ze stereotypami i uogólnieniami, chociażby przejmując te określenia i nadając im nowe znaczenie. :) I np. mówić/pisać o literaturze kobiecej jako o książkach pisanych przez kobiety. Albo literaturą kobiecą nazywać powieści mówiące o pozycji/roli w kobiet w kulturze dawniej i dziś, wyobrażeniach dot. kobiet, życiu sławnych kobiet czy kobiecych stowarzyszeniach itp.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…