Przejdź do głównej zawartości

151. Miłość zimniejsza od śmierci.

Doszły mnie słuchy, że umarłam. Ponoć. Ale nie, jakoś zdaje mi się, że istnieję nadal. Niewątpliwa jest jednak śmierć kliniczna Histerycznej. Wszyscy bowiem wiemy, czym grozi miesiąc nieaktywności na blogu. Chwytam zatem za respirator.

Są różne książki - dobre, słabe, ciekawe i nudne, ale najgorsze są te nijakie, zupełnie niezapamiętane, powtarzalne tak, że aż jakby nieistniejące w literackich odmętach. Miłość zimniejsza od śmierci nie jest powieścią wybitną, która coś we mnie zmieniła. Jest jednak dziełem, które mnie zaintrygowało i na pewno nie zostanie przeze mnie zapomniane.

Anna Małyszewa ukończyła Instytut Literacki, jej zainteresowania nie są zatem ani trochę zaskakujące. Miłość do literatury przewija się przez praktycznie każdą stronę jej powieści. W Rosji pisarka ta odnosi podobno sukcesy, zekranizowano nawet, w formie seriali, kilka jej powieści.


 


Źródło

Standardowo niewiele zdradzę z fabuły. Jest ona zresztą na tyle rozbudowana, że największy sens ma po prostu zapoznanie się z nią osobiście.

Po całej historii prowadzą nas losy Lidii, młodej studentki, która wraz ze swoim chłopakiem wynajmuje stancję u nieco dziwnej starszej kobiety. Traf chciał, że jej losy zaczynają coraz mocniej łączyć się z życiem jej przyjaciółki oraz jej ciekawego, acz trochę przerażającego, brata bliźniaka.

Wydarzenia w życiu Lidii splatają się z pracą, której dziewczyna się podjęła. Ma ona dokończyć Tajemnicę Edwina Drooda, Charlesa Dickensa. Jedyny kryminał, który wyszedł spod pióra tego autora, i który to nie został ukończony. Lidia ma rozwiązać zagadkę i dopisać dickensowski tekst.





Połączenie głównej fabuły z teoriami autorki na temat zakończenia Tajemnicy Edwina Drooda, dało niesamowicie interesujący efekt. Nie tylko śledzimy życie bohaterów, ale też obserwujemy i czekamy na rozwiązanie zagadki nieskończonej powieści Dickensa.

Nie dopatruję się w tekście niczego szczególnego. Styl jest bez zarzutu, ale bardzo zwyczajny i pewnie gdyby nie Dickens, to książka nie zainteresowałaby mnie aż tak bardzo. 

Życie Lidii we współczesnej Moskwie i śmierć Edwina rozstrzygana w jej umyśle dały świetny efekt - bardzo dobra powieść, którą polecam każdemu.

______________ 

Przestój gorzej, niż wakacyjny. Zakrztusiłam się sierpniem. I pewnie byłoby tak nadal, gdyby kilka osób nie przypomniało mi o tym, że trzeba iść dalej, a już na pewno nie można zostawiać Histerycznej. Dycha tu ktoś w ogóle?

___________________
Znajdź mnie:

Komentarze

  1. Uwielbiam! Kupiłam przypadkiem, byłam sceptycznie do niej nastawiona. Ale się spodobała :) Tylko zakończenie trochę cienkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też spodziewałam się trochę innego zakończenia, ale ogólnie dobra książka. A powiem ci, że również przypadkiem ją przeczytałam, bo została mi wypożyczona przz kogoś :)

      Usuń
  2. Pierwszy raz słyszę o tej książce. Zaintrygowałaś mnie, może nawet się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, ale mnie zachęciłaś! Czytałam "Tajemnicę Edwina Drooda" i kilka zakończeń napisanych przez różnych pisarzy. Niesamowita sprawa, jak różnie można odebrać ten sam tekst. A tu, jak widzę, kolejne teorie - muszę sprawdzić, jakie. :) No i zauważyłam też wzmiankę o bliźniaku, a motyw bliźniąt nieodmiennie mnie intryguje. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie trochę odtrąca to "życie we współczesnej Moskwie"... nie dla mnie ksenofobia - wręcz przeciwnie! - jednak jakoś nie zaciekawiłaby mnie akcja rozgrywająca się akurat w tym mieście. To znaczy chyba - w sumie nigdy nie wiadomo, co może porwać do reszty, a co nie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dycha, dycha. Choć też z ledwością i też mnie gonią.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

116. Olive Green, czyli jak zagrać w film i nauczyć się angielskiego.

Pamiętam, jak ostatnio w czasie rozmowy przez Skype moja babcia powiedziała, że w głowie jej się nie mieszczą te “wszystkie technologi jakie człowiek nawymyślał”. Faktycznie, trzeba przyznać jej rację - żyjemy w dosyć ciekawych czasach. Podejrzewam, że każde z was wie, czym jest film interaktywny. Dla przypomnienia napiszę, że pozwala on na ingerencję widza w fabułę. Pierwszy taki film powstał w latach 60. XX wieku w Czechosłowacji*. Dzisiaj mamy ich wiele i mogą one służyć nie tylko rozrywce, ale też nauce. Bardzo dobrym jest krótki polski film, który uczy widza pierwszej pomocy**. Po prostu wybieramy opcje działania - co ma się stać - i dalsza akcja jest efektem naszego wyboru.
Teraz wykorzystanie filmu interaktywnego do nauki ruszyło naprzód.
SuperMemo World***, firma (z siedzibą w Poznaniu) istnieje od lat 90. XX wieku i jest kolejnym dowodem na to, co potrafią stworzyć polscy studenci. Wykorzystuje ona technologie (czy też technologi, jakby to rzekła moja kochana babcia) do badania…