Przejdź do głównej zawartości

159. Dziecko faszerowane. Domowe kulinaria.

Wiecie, że jeszcze nie mam dzieci, prawda? A może nie wiecie? No to już wiecie. 
Za to mam radio (w pracy), telewizor (u znajomych) i internet (czasami). 
I dobrze, że nie jestem dzieckiem, bo pomyślałabym, że składam się z jednego wielkiego niedoboru. I dobrze, że nie jestem matką, bo skoro teraz dostaję szału, to co dopiero bym czuła jako rodzic?

Dobra, mamlonię od rzeczy, już mówię o co mi chodzi.

Moje dziecko geniusz.

Tyle teraz jest do zrobienia a tak mało czasu! Nawet dzieci są wiecznie zajęte, to kursem, to jakimś karate, srate i innymi takimi. No wiecie, realizacją niezrealizowanych ambicji rodziców. A potem będzie zajęte albo zabawą, albo siedzeniem przed komputerem/telewizorem, a tak dla świętego spokoju.

Dziecko rozkojarzone to gorzej uczące się dziecko. Na szczęście XXI wiek dostarczył nam rozwiązania tego problemu: Vigor Bystrzaki, suplement diety (powiedz to na głos, ładnie brzmi, suplement... tamtamdamdam).


Jak widzicie - dziecko jest nawet szczęśliwsze. Jako przyszła mama (mam nadzieję, kiedyś, jakoś, w przyszłości) już wiem, by nie marnować czasu na to, by dziecko zażywało świeżego powietrza, by zastanawiać się, czy aby nie nałożyłam na nie za dużo zajęć, by myśleć o tym, co sprawia, że moje dziecko się dekoncentruje (może problemy w domu albo dręczenie w szkole?) - wystarczy magiczna kapsułka.

By niejadek zjadł obiadek.

Kto z was był niejadkiem ręka do góry! [Histeryczna podskakuje wymachując łapami. Prawdopodobnie po tej akcji sąsiad z naprzeciwka przydzieli jej paszport Polsatu].

Jeśli twoje dziecko nie chce jeść - broń borze tucholski nie uznaj tego na naturalne w pewnym wieku! A jeśli nie je aż do przesady to nie myśl nawet o tym, by iść do lekarza!



1. Ubierz dziecko w najlepszą koszulę i daj mu cały talerz buraczków (przed wyjściem z domu zbyt intensywnie obczajałaś reklamę vizira).

2. Bądź miła, ale tak niby miła. Zabierz dziecko na obiad do rodziny/znajomych i natychmiast przyrównaj je do innego dziecka, w bielszej koszuli, z większym apetytem i w ogóle lepszego (niech przystosuje się do życia - zawsze będą je z kimś porównywać i zawsze znajdzie się ktoś, kto lepiej zjada buraczki).

3. Westchnij znacząco jak dziecko numer dwa z radością poprosi o dokładkę akurat w momencie, w którym ty wyrzucasz swojemu, że nie je (jakiś kuzyn/kolega ma tu w pizdę na podwórku przy następnej okazji).

4. Teraz jest moment, w którym na chwile odpuszczasz swoją rolę. To twoja koleżanka/siostra/kuzynka/kochanka twojego męża poleca ci fantastyczny suplement diety dla dziecka i go zachwala. Nie, nie zwracaj uwagi na to, że ma jakiś dziwny syrop, o którym nigdy nie słyszałaś, zawsze pod ręką. Kit, że ma uśmiech, jak po botoksie, gały jak po amfie, a jej dziecko cieszy się na myśl o jedzeniu jakby miało gastro po zjaraniu (może nie karmiła dziecka przez tydzień i to typowa pokazówka, żeby sąsiedzi wiedzieli, że u nich jest wszystko lepiej, pomyślałaś o tym?).

5. Teraz najważniejsza część - pozostaje ci tylko się ucieszyć ze znalezienia rozwiązana swojego problemu. Uciesz się natychmiast i odpowiednio bezrefleksyjnie (żeby ci tylko do głowy nie przyszło sprawdzanie co w tym jest, konsultowanie się z lekarzem i zastanowianie, czy twoje dziecko, aby na pewno tego potrzebuje).

Bo naćpane dzieci to szczęśliwe dzieci.

Moje ulubione zostawiłam na koniec. W końcu kto, jak nie ja, rozumie problem bezsenności?

Prawdopodobnie jedną z tych rzeczy, których moja mama nigdy nie zapomni, jest fakt, iż musiała mnie wiecznie usypiać. Ja sobie też tego nie zapomnę, że muszę się wiecznie usypiać (robię to bardzo skrupulatnie, najczęściej za pomocą odpowiednich leków o smaku orzechowym lub czarnej porzeczki).

Zmęczenie rodzica jest absolutnie zrozumiałe. Po co więc się zadręczać, skoro można zastosować magię suplementu?



Wszystko jest ta naturalne jak mój naturalny wyciąg orzechowy. Dlaczego więc nie podawać dziecku wyciągu orzechowego? Ponoć najlepsze są starodawne sposoby. No to już, nasączaj wódą i jazda. Ale nie, jak ja mogę tak mówić. Fuj, przecież to dziecko i jak można było kiedyś tak myśleć. Na szczęście teraz już wiemy, że to fuj i mamy czarujące syropki. Rodzic się nie męczy, a organizm dziecka uodparnia się na leki nasenne i jako 16-latek nie sprawi nikomu problemu ćpając byle gówno z apteki, bo na niego nie zadziała.

Może i się nie znam. No dobra, absolutnie się  nie znam. Nie studiuję medycyny. Nie trzeba chyba jednak być medycznym geniuszem, by czuć obrzydzenie na widok zalewu jakiś dziwnych suplementów diety, które w większości przypadków nie są nawet potrzebne. Ale dorosły człowiek sam za siebie odpowiada, niech więc wsuwa, co mu się podoba. Widocznie jednak za mało było zysków, za mało wygody w życiu, toteż wciska się różnego rodzaju zielska, nie zielska, dodatki i ulepszacze, dzieciom.

Na apetyt, na koncentrację, na lepszy wzrok, na lepsze kości, na więcej ruchu i na mniej ruchu, wreszcie na sen (na sen, dziecku!, no nie mogę przeboleć). 
Dziecko faszerowane gotowe. 
Bon appétit.

___________ 

Kilka linków, tych za i tych przeciw, etc. W sumie to macie google przecież.
 

Inne moje wpisy w równie beznadziejnych tematach:



___________________
Znajdź mnie:


Komentarze

  1. Och, wreszcie nowy post, tyle czekałam...!
    Ogólnie to bym nie przesadzała, bo problem stary jak swiat. I jedno, że koncerny farmaceutyczne bazują bardziej na emocjach niedoedukowanych matek do ich potomstwa, żeby zarobić (a wystarczy faszerować bachora czosnkiem w dużym skrócie, żeby było zdrowe), a dwa, że jeśli matka nie ma własnego życia, na którym się skupia, to wiadomo, że zacznie żyć życiem dzieciaka i będzie chciało, by było najcudowniejsze na świecie. A jak nie będzie, to i tak będzie, bo to w końcu jej dzieciak.
    I z góry przepraszam za ten komentarz, bo za dziesięć lat, jak będę miała własnego bachora i przeczytam podobną do tej wypowiedź, to znajdę kretynkę i jej przyleję. No, albo zachowam rozum (trochę paradoks, bo jak tu zachować coś, czego się nie ma) i przybiję jej high five. Się zobaczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby tak te całe suplementy działały to mielibyśmy dzieci wręcz idealne...Masakra, ale reklama mąci umysł i ludzie to kupują...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…