Przejdź do głównej zawartości

165. Podróż ku nieskończoności - Teoria Wszystkiego

Wystarczy spojrzeć na nocne niebo, żeby móc obserwować przeszłość. Wystarczy wpaść w świat fizyki, żeby odbyć fascynującą podróż. 
Steven Hawking postanowił kiedyś przenieść się do początków wszechświata, a Jane zdecydowała się towarzyszyć mu w tej trudnej drodze.


Źródło
Podróż ku nieskończoności

Sięgnęłam po tę książkę z niejakim trudem. Nie należy do krótkich i szybkich lektur. Jest prosta w czytaniu, choć momentami ciężka emocjonalnie. Przyznam, że wzięłam ją z półki z myślą o wielkim Stevenie Hawkingu. Jednak nie o to chodziło Jane, która chciała opisać swoje życie. I udało jej się to w zupełności.

Opiekowanie się osobą tak ciężko chorą jak jej mąż jest ponadludzkim wysiłkiem. Dlatego starałam się nie oceniać zbyt ostro żadnej jej decyzji, czy zachowań. Wszystko, co opisała, jest zarówno poruszające, jak i ciekawe, jednak mimo to książka nie jest szaleńczo dobra.

Z takich technicznych rzeczy - widać, że pisała ją filolog. Pamięta nawet jak bardzo zielona była trawa dwadzieścia lat wcześniej w jakiejś odległej miejscowości. Opisy są bardzo barwne i po chwili stają się nudnawe. Warto jednak zauważyć, że takie było zamierzenie Jane: o sobie, o swoich trudach i wreszcie o swojej pracy jako filologa. Wydaje mi się, że swoimi książkami chciała nadać sobie wartość, jako JANE, a nie jako żony Stevena.




Źródło
Teoria Wszystkiego

Film biograficzny, dramat i romans w jednym. 

Teoria Wszystkiego weszła na ekrany polskich kin 30 stycznia tego roku. I na tychże ekranach mogliśmy podziwiać zmagania Howkingów ze stwardnieniem zanikowym bocznym. Dane nam było obserwować jak działa genialny umysł zamknięty w tak wątłym ciele.

TW jest pełna wzruszeń, problemów rodzinnych, miłosnych i tych zwyczajnych: z podnoszeniem, jedzeniem i pracą. Znajdziemy w nim odniesienia do sukcesów Stevena, ale na pierwszym miejscu są jego relacje z najbliższymi.

Krytyka

Teoria Wszystkiego spotkała się z krytyką, jakoby za mało było w niej fizyki i pracy Stevena, a za dużo wydarzeń związanych z Jane, ich miłością, itd. Jednakże film powstał przecież w oparciu o wspomnienia zawarte w Podróży ku nieskończoności, nic więc dziwnego, że zawierał najwięcej wątków prywatnych. Czy ktoś spodziewał się, że Jane w tej książce przepisywała równania Stevena i je analizowała?

Podróż ku nieskończoności nie jest szczególnie fantastyczną książką. Nie każdemu się spodoba. Ja na przykład doczytałam ją do końca z poczucia obowiązku wobec rozpoczętej lektury.

Szkoda, że Teoria Wszystkiego nie została zrealizowana trochę inaczej (dobrałabym trochę inne sceny z książek), ale to nie ja tutaj jestem scenarzystką i reżyserką. Jako dramat, romans 
i opowieść o rodzinie, film zdaje egzamin.

_______________

Komentarze

  1. Mam w planach i książkę i film. Tylko czasu brak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach ten czas. Określa praktycznie całe nasze życie, a tak niewiele o nim wiemy. I znowu wkracza Hawking.

      Jak widać ja też długo się do tego wszystkiego zabierałam (film był na początku roku, a już mamy maj). Może i tobie kiedyś się uda wydłubać chwilę.

      Usuń
  2. ulala, książka o opiece nad niepełnosprawnym ( w jakimkolwiek stopniu ) człowiekiem musi byc bardzo pouczajaca, sama czasami nie potrafie tego ogarnac swoim malym mozdzkiem :(

    OdpowiedzUsuń
  3. i też nie lubię kożucha z budyniu! FUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUJ

    OdpowiedzUsuń
  4. co Ty, nie mam aż takiej dobrej znajomości niemieckiego, aleee muszę próowac! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Film oglądałam, podobał mi się, ale spodziewałam się większej rewelacji. Książka jeszcze przede mną.

    OdpowiedzUsuń
  6. Oglądałam film i naprawdę mnie poruszył...książki nie miałam okazji czytać. Z jednej strony chętnie bym po nią sięgneła, nie wiem tylko, czy warto skoro obejrzałam już film... nie lubię robić takich rzeczy od dupy strony :P a co Ty byś mi radziła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Radziłabym przeczytać jeśli ten temat cię interesuje (cała historia oczami Jane), bo film jest kroplą w morzu w porównaniu z książką.

      Usuń
  7. Ja piernicze...
    Ile razy można pisać jeden komentarz. -,-"
    W każdy razie obejrzałabym i przeczytała. Tematyka wydaje się być ciekawa, nie taka oklepana, a niedługo nie będę tak zajęta, więc można obczaić. :D
    Pozdrawiam. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, czasami komentowanie doprowadza człowieka do białej gorączki - od strony technicznej. Mistrzostwa świata w pisaniu komentarza po wielokroć można było zdobywać szczególnie na onecie.

      Polecam, tylko książka miejscami jest nużąca. Chyba, że ktoś kocha opisy krajobrazów. Mam nadzieję, że przeczytasz/obejrzysz i podzielisz się refleksją :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.
Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci
Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.
Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.
Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.
Regulamin bardzo nieszczegółowy
Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrob…