Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2015

176. Książki, których nigdy nie dokończyłam #1

Zupełnie jak moja rodzicielka mam w sobie ten mały uparty głosik, który zawsze krzyczy: nieważne, że książka jest do dupy, zaczęłaś, to skończ! Czasami jednak spuszczam głosikowi porządny łomot, żeby mnie nie irytował, a książkę rzucam gdzieś za siebie.  Są takie utwory, których chyba nawet sam Jan Paweł II nie miałby cierpliwości czytać.
Werniks William Wharton
Kolejność jest przypadkowa. Zaczynam po prostu od tego, co przychodzi mi do głowy.
A gdy myślę "Werniks" nasuwa mi się pytanie: CO TO JEST?
Dzieło ma niby jakieś przesłanie, przemijanie, jasne, końcówka życia, jasne, i tym podobne. 
W praktyce to wygląda tak (przynajmniej przez pierwsze 50 stron) - Jest malarz. Malarz maluje różne obrazy i spotyka różnych ludzi.
Tak, to by było na tyle.

Z tego miejsca dziękuję mojemu drogiemu przyjacielowi Darkowi, który pożyczając mi tę książkę stwierdził "Jest okropnie nudna, ale na pewno jej jeszcze nie czytałaś". Owszem, nie czytałam. I już nie przeczytam.
Złoto Kanady Henry Oyen
P…

175. Biała Masajka - Corinne Hofmann

Wpis wyjątkowo nie zawiera mojej oceny książki (tę można przeczytać na LC: klik) a jedynie opowiadanie o jej treści oraz porównanie do filmu (ten zaś oceniłam). Jeśli ktoś nie chce przypadkiem poznać zawartości książki niech po prostu nie czyta poniższego wpisu.
Biała MasajkaCorinne Hofmann

Corinne wiodła spokojne życie biznes-woman małego kalibru. Posiadała w Szwajcarii swój własny sklepik z ubraniami. Miała też przyjaciela, który jednocześnie był jej partnerem. Taki związek z kumpelstwa, bez chemii. Być może dlatego tak uderzyło ją uczucie zakochania. Bez szaleństw w życiu i bez szałowej miłości, nie będąc już najmłodszą, Corinne dała się ponieść uczuciu. Jej obsesyjna miłość do obcego człowieka narodziła się w trakcie wakacji w Kenii. Gdy poznała pięknego Masaja postanowiła rzucić całe swoje dotychczasowe życie.

174. Podsumowanie początku - początek podsumowań.

Wszyscy podsumowują zakończenie jakiegoś etapu: miesiąca, konkursu, rocznicy bloga, etc. A ja sobie podsumuję początek, bo kto mi zabroni. Taki mały bilans początku jesieni, która pogodowo za bardzo już zbliża się do zimy.
Dla mnie jesień nie liczy się kalendarzowo. Liczy się od wtedy, od kiedy zaczynam ją czuć. Kiedy liście spadają, kasztany rzucają się na moją głowę, by wbić się kolcami w mój mózg, żołędzie czają się pod nogami, bo wiedzą, że się o nie przewrócę i gdy, nie przebierając w słowach, zaczyna konkretnie piździć.
Upiekłam pierwsze ciasto
Zacznę od początku września, kiedy to zmieniłam miejsce zamieszkania po raz szósty w moim życiu. I pewnie nie ostatni, bo jak maluch urośnie, to trzeba będzie pomyśleć o większym mieszkaniu.
Normalnie nie ujęłabym tego w jakiś podsumowaniach, ale pierwszy raz podoba mi się mieszkanie z kimś. Zazwyczaj zawsze na to marudziłam. Tym razem jednak, wyjątkowo, nie mam na co narzekać. I w związku z posiadaniem piekarnika pierwszy raz zrobiłam coś wi…