Przejdź do głównej zawartości

187. Poszła baba do urzędu a tam druga baba

Tak się akurat złożyło, że nawet urlop macierzyński kiedyś się kończy. Co prawda pracy szukam na własną rękę, ale dopomóc sobie nigdy nie zaszkodzi. Przynajmniej myślałam tak jeszcze półtorej miesiąca temu. Zadowolona ze swoje rezolutności pojechałam zarejestrować się do Urzędu Pracy.

Obecność obowiązkowa pod groźbą kary śmierci

Wiem, że stawiennictwo na termin jest absolutnie obowiązkowe. Jednak w dniu stawiennictwa, ku swojemu zadowoleniu, miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Zadzwoniłam zatem do Urzędu, poinformowałam o tym i zadowolona udałam się na rozmowy o pracę.

Kolejnego dnia zadzwoniłam do owego Urzędu zapytać kiedy w takim razie powinnam się stawić? A tu nagle RYK, KRZYK i pisk opon. Baba drze się na mnie, że to nieważne, że miałam rozmowy o pracę, bo przyjście do UP jest ważniejsze.

Zapytałam Pani grzecznie, czy nie o to chodzi w poszukiwaniu pracy aby jej szukać...? Cóż.

Regulamin bardzo nieszczegółowy

Musiałam dzwonić trzy razy żeby baba wreszcie powiedziała mi co powinnam zrobić. Zdaniem BABY z URZĘDU wszystko jest w regulaminie.

Bezrobotny, który w okresie nie dłuższym niż 10 dni, przebywa za granicą lub pozostaje w innej sytuacji powodującej brak gotowości do podjęcia zatrudnienia, nie zostaje pozbawiony statusu bezrobotnego, jeżeli o zamierzonym pobycie za granicą lub pozostawaniu w sytuacji powodującej brak gotowości do podjęcia zatrudnienia zawiadomił powiatowy urząd pracy.

Chodzi o ten punkt. Nie wiem jak wy, ale ja nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że udział w rozmowie kwalifikacyjnej to "brak gotowości do podjęcia zatrudnienia". Nie mówiąc już o tym, że nigdzie w tym punkcie nie widzę informacji o tym, że powinnam zawieźć do UP wypełniony specjalny formularz.




Idę do UP a tam BABSKO wredniejsze ode mnie

Karteczkę zaniosłam biegając między pokojami, bo każdy mnie z nią odsyłał a BABA nie chciała mi powiedzieć gdzie mam ją dokładnie zanieść. 

Idę do informacji - kazali mi iść do sekretariatu.
Idę do sekretariatu a tam okazuje się, że muszę iść do tej BABY, bo ona wypisuje termin kolejnego spotkania.
BABA wysłała mnie do... sekretariatu.

Wcisnęłam im tę kartkę i wróciłam do mojej BABY. Wzięłam numerek, przyszła moja kolej, BABA wpuściła mnie na stanowisko - przedstawiam się a ona do mnie "O, to Pani do mnie tak wydzwaniała".

Nosz ..... mać! Czy to nie jej praca? Dobra, olewka.


"Powinna Pani dokładniej czytać regulamin"

Pyk, wyciągam wydrukowany regulamin i proszę o wskazanie punktu, który mówi mi co mam zrobić w przypadku udziału w rozmowie kwalifikacyjnej. Na co Pani rezolutnie odpowiada:

"Ja nie mówiłam, że to jest tam napisane, proszę mnie nie łapać za słówka! Pani jest niemiła!".

Po czym Pani stwierdziła, że jednak mam wyjść i poczekać, bo ona ma teraz przerwę. Po 20 minutach wróciła i przeszła do spraw formalnych.

I wiecie po co miałam się tego dnia stawić w UP? Żeby odpowiedzieć na pytania: Czy jeżdżę własnym środkiem transportu czy miejskim? oraz Czy mam inne źródło ubezpieczenia?

Kolejne stawiennictwo za półtorej miesiąca i MOŻE wtedy znajdą się jakieś oferty aktywizacji zawodowej.

A pół dnia stracone. I cała masa nerwów na wredną BABĘ.

Drogie Panie Urzędniczki, pamiętajcie - to WY jesteście dla NAS, nie robicie nam łaski. Jesteśmy dla was jak klienci w dowolnym punkcie z usługami.


_____________________
Znajdź mnie:


Komentarze

  1. Współczuję Ci bardzo. Ja też miałam ostatnio niemiłą sytuację w pewnym urzędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się czy ktoś kiedykolwiek miał miłą sytuację w urzędzie :D

      Usuń
  2. To musiałaś tam wydzwaniac, żeby łaskawie uwzględnili to, że nie mogłaś przyjśc do nich na rozmowę, o czym ich informowałaś wcześniej?

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak i trzy telefony zajęło im poinformowanie mnie, że mam po prostu przyjechać dnia następnego.

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże wszyscy urzędnicy PUPów w Polsce są tacy sami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że nie tylko ja się z tym męczyłam? :D

      Usuń
  5. Tak szczerze, to chyba trafiłby mnie szlag! Dlatego właśnie unikam jakichkolwiek urzędów. Nie znoszę ich ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też staram się unikać spraw urzędowych, ale cóż poradzić, czasami trzeba :(

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  7. To chyba pójdę na kolanach do Częstochowy podziękować, że jakoś tak trafiam na fajnych urzędników...
    Trzymam kciuki za owocne szukanie pracy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :D Fakt, musiałaś mieć szczęście :D

      Usuń
  8. Miałam nieprzyjemność być zarejestrowana w UP przez 5 miesięcy i naprawdę nie chcę do tego wracać. Najśmieszniejsze było, jak pewnego razu kobietka znalazła mi ofertę stażu, więc poszłam na rozmowę, mimo że w ogóle nie chciałam, ale nie miałam wyjścia i wróciłam do UP oddać podpisany kwitek o stawieniu się na rozmowie innej kobietce, a ona do mnie: "to pani chciała tam pracować?!". Cóż.
    Życzę ci szczęścia i cierpliwości w kolejnych przeprawach w urzędach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja znalazłam ofertę idealną dla siebie, ale Pani w PUP stwierdziła, że to jeszcze nie ten etap mojej aktywizacj zawodowej O.o

      Usuń
  9. O urzędzie pracy nie chcę rozmawiać. Ciężki temat. Takie sytuacje jak Twoja w ogóle mnie nie dziwią...Jak poszły rozmowy? Trzymam kciuki za ich powodzenie...Powracająca po przerwie stała czytelniczka:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozmowy zawsze idą dobrze, ale nikomu nie pasują moje godziny pracy (mogę pracować tylko do 17.00, bo później muszę zająć się dzieckiem) i fakt, że nie mogę pracować w weekendy :/

      Usuń
  10. Ja to się zastanawiam, po co ten urząd w ogóle istnieje... przecież pracy nikomu nie znajdują ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie racja. Ale gdzieś trzeba było tych wszystkich znajomych zatrudnić :D

      Usuń
  11. aaaa nawet nie wiesz w co mnie te wredne baby z up wplątały! masakra!
    cholerne urzędasy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boję się pytać, ale mam nadzieję, że się z tego wykaraskałaś.

      Usuń

Prześlij komentarz

Jeśli już zdecydowałeś się na komentowanie - niech to będzie coś w miarę rozsądnego i w miarę po polsku.

Popularne posty z tego bloga

131. Wysokie Obcasy Extra - Maj 2014.

Wiem, że nie wyglądam, ale potrafię czytać słowo drukowane [to ma być śmieszny żart, hahaha]. Wczoraj w moje ręce trafił majowy numer Wysokich Obcasów Extra. Tak naprawdę to jedno z niewielu pism, ukierunkowanych typowo na kobiety, które lubię czytać. Głównie ze względu na to, że zawiera bardzo interesujące treści. No dobra, tak naprawdę, to głównie dlatego, że po prostu nie jest szmatławcem. Myślę, że mężczyźni również mogą go spokojnie czytać i nie umrzeć ze śmiechu.

Nie piszę dzisiaj tego posta bez powodu. Chciałam polecić wam majowy numer, gdyż bardzo przypadł mi do gustu. Wymienię kilka artykułów, które szczególnie mnie zainteresowały:
- Donatella Versace: Krótka opowieść o modowym królestwie V.
- Indie. Przeżywaj i płać: Opis Indii z trochę innej strony, niż zwykle spotykam. Jest co prawda pełny relacji z "uduchawiających" spotkań, jednak połączonych z własną refleksją autora nad ich sensem.
- Dagny Przybyszewska: Tragiczna historia muzy artystów. Świetnie napisana. Za…

191. Czego nauczyłam się o sobie, gdy zostałam mamą?

Dopiero, gdy coś zmienia się w naszym życiu, zaczynamy dostrzegać wiele własnych cech, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ja na przykład nie wiedziałam jak wiele umiejętności posiadam, dopóki nie zostałam mamą.  Oto kilka przykładów zdolności, które odkryłam przez ostatni rok.


1. Potrafię czytać i śpiewać jednocześnie.
Dotychczas jedynie słuchałam muzyki przy czytaniu. Teraz jednak wiem, że "Ogórek, ogórek, ogórek..." świetnie współgra z Niallem Fergusonem.
2. Do gotowania obiadu wystarczy jedna ręka.
I nieważne, czy muszę zetrzeć ser na tarce, czy usmażyć mięso. Nie wiedziałam też, że potrafię przerzucać naleśniki na patelni bez użycia łopatki. Taki ze mnie geniusz kulinarny.
3. Prysznic wcale nie musi zajmować mi 15 minut.
Równie dobrze, łącznie z wytarciem i ubraniem się, może zająć trzy.
4. Jestem w stanie przełkąć całą kanpakę na raz.
A zimna kawa do tego wcale nie musi być taka zła. Ważne, że w ogóle jest.
5. Jednak potrafię zasnąć już o 19.00.
Albo 18.00. A najlepiej…

116. Olive Green, czyli jak zagrać w film i nauczyć się angielskiego.

Pamiętam, jak ostatnio w czasie rozmowy przez Skype moja babcia powiedziała, że w głowie jej się nie mieszczą te “wszystkie technologi jakie człowiek nawymyślał”. Faktycznie, trzeba przyznać jej rację - żyjemy w dosyć ciekawych czasach. Podejrzewam, że każde z was wie, czym jest film interaktywny. Dla przypomnienia napiszę, że pozwala on na ingerencję widza w fabułę. Pierwszy taki film powstał w latach 60. XX wieku w Czechosłowacji*. Dzisiaj mamy ich wiele i mogą one służyć nie tylko rozrywce, ale też nauce. Bardzo dobrym jest krótki polski film, który uczy widza pierwszej pomocy**. Po prostu wybieramy opcje działania - co ma się stać - i dalsza akcja jest efektem naszego wyboru.
Teraz wykorzystanie filmu interaktywnego do nauki ruszyło naprzód.
SuperMemo World***, firma (z siedzibą w Poznaniu) istnieje od lat 90. XX wieku i jest kolejnym dowodem na to, co potrafią stworzyć polscy studenci. Wykorzystuje ona technologie (czy też technologi, jakby to rzekła moja kochana babcia) do badania…